Witajcie.
Stęskniliście sie? Po wielu miesiącach wracam wraz z drugą serią, aby ten blog, liczący ponad 1100 dni, nie pokrył się jednak kurzem. Usunęłam poprzednie notatki, ale jeśli ktoś z was zdążył przeczytać moje plany dotyczące postaci, rozczaruję - zamierzam przyszykować inny koniec dla bohaterów.
Aha, i wolałabym, abyście tego rozdziału nie czytali swojemu młodszemu rodzeństwu (:
Muszę zrobić generalny porządek z tą stroną...
Niektóre opisy w tym rozdziale są rozbudowane, szczególnie wygląd postaci. Zapewnie nie pamiętacie nawet, jak kto wygląda. Jakby co, zawsze odsyłam do galerii (w której też zrobię porządek...)
Zapraszam do czytania i komentowania. Mam nadzieję, że doczekam się jeszcze kiedyś komentarzy w stylu Ważki czy też Oli, kiedy to ich wpisy zajmowały dwie strony w Wordzie ;d
Rozdział 3
„Chmury"
Oślepiająca biel wywołała ból oczu i nieznośny zamęt w głowie. Próbowała myśleć jasno, lecz wszystko jej w tym przeszkadzało. Wydawało jej się, że wszystko do niej dociera jak przez mgłę. Nie wiedziała gdzie jest, co się stało i dlaczego znajduje się w takiej sytuacji.
- Loria? - poczuła, jak ktoś głaszcze jej głowę - Loria? Otwórz oczy.
Z niechęcią wykonała jej polecenie. Ujrzała przed sobą zmartwioną twarz przyjaciółki i łzy w jej oczach.
- Nova? Co się stało? - usiadła na łóżku. Skrzywiła się, czując ból w klatce piersiowej. Rozmasowała skroń.
- Loria! - krzyknęła, rzucając się jej na szyję - Ty nawet nie wiesz jak się o Ciebie martwiłam! Nie odbierałaś telefonów, musiałam wraz z Rayem siłą wpakować się do twojego mieszkania! Ty nie wiesz, co ja przeżyłam! - zagryzła wargę, otarła łzy, tylko po to, aby wybuchnąć płaczem od nowa.
- Nova... - wyszeptała Loria, uśmiechając się lekko do dziewczyny. Była jej wdzięczna całym sercem za te troski i łzy.
- Byłaś nieprzytomna, myślałam już, że nie żyjesz, a wraz z Tobą twoje dziecko...
- Gdzie ja jestem? Co się stało?
Nova spojrzała na nią zmartwionym wzrokiem.
- W szpitalu, kochanie. Wezwaliśmy karetkę, byłaś strasznie blada i ledwo oddychałaś..
- A dziecko? Wszystko dobrze?
Uśmiechnęła się do niej.
- Tak, wszystko dobrze. Zrobili ci rożne badania, ich wyniki będą gdzieś popołudniu. A do tego czasu odpocznij, bo mam wrażenie że w ciągu ostatnich dni tego nie robiłaś - poprawiła jej poduszkę - Martwię się o Ciebie, odkąd.. Vansen odszedł. Czy wszystko w porządku?
Białowłosa westchnęła cicho i spojrzała ze smutkiem w oczach na przyjaciółkę.
- Chciałabym, aby tak było.. Ja go nadal..
- Nie! - przerwała jej - Nie mów nawet tego, bo w to uwierzysz. Tobie się tylko wydaje, że go kochasz - zaczerpnęła powietrza - Jak ty możesz kochać takiego nieczułego chama?
- Kocham go. Kocham - powtórzyła, kładąc nacisk na swoje słowa - I nie przestanę. Nigdy.
Co się dzieje? Czemu tępy ból w głowie przeszkadza mu w czystym myśleniu? Skąd pochodzą te głosy? Co oznacza ten metaliczny smak w ustach, uczucie bezwładu w nogach, lepka substancja na ręce?
Czuł jak ktoś nim potrząsa, wymawia wyraźnie jego imię, lecz i tak nie pojmował, co się dzieje. Spojrzał nieobecnym wzrokiem na mówiącego, dostrzegając tylko kontury jego twarzy. Co się dzieje?
- Vansen! Vansen!
Czy to przyjaciel, a może wróg? Nie... Skoro żyje, to nie może być nieprzyjaciel..
- Vansen! Do cholery jasnej, oprzytomniej i daj sobie pomóc!
Ostry ból w policzku sprawił, że od razu zaczął jaśniej myśleć. Teraz dopiero widział, w jakiej znajduje się sytuacji.
Korytarz był zawalony gruzami, spod których wystawały części ciała wrogich U-Uanów. Wszędzie unosił się kurz i dym, który nieznośnie gryzł w oczy, a powietrze przesycone było dławiącym zapachem krwi. Do jego uszu dobiegały rożne wrzaski oraz pojękiwania. Kompletnie nie wiedział, co mogło się stać.
- Co się stało? - zapytał, patrząc się w oczy wybawiciela.
- Nie pamiętasz? Mieliście się skierować ku wyższym piętrom w budynku, lecz zaatakowali was U-Uani. Nie mieliśmy wyboru i.. wysadziliśmy korytarz, grzebiąc napastników. Nie dalibyście sobie we dwóch z nimi rady, za dużo przewaga liczebna..
- We dwóch!? - krzyknął nagle, uświadamiając sobie, że jednak nie był sam - Gdzie jest Chandelan!?
Żołnierz spuścił głowę.
- Dowódca został ciężko ranny, właśnie opiekuje się nim medyk, który przybył.. Miejmy nadzieję, że nie przybył za późno, trudno było się do was dostać.
Vansen odgarnął swoje szare włosy do tyłu i ciężko westchnął. Poczuwszy znów niemiły metaliczny smak w ustach, wypluł ślinę na ziemię. Dostrzegł w niej krew. Otarł rękawem usta, jednocześnie spostrzegając, że na rękach ma liczne szramy. Będą z tego ładne blizny. Nabrał powietrza i wtedy poczuł okrutny ból w klatce piersiowej. No tak, rana sprzed trzech dni.
- Jestem ranny... - zaczął niepewnie.
- Wiemy - uśmiechnął się do niego mężczyzna - Zaraz się Tobą zajmiemy, zszyjemy twoją nogę i zmienimy bandaż na piersiach.
- Nogę? - powtórzył głucho. Wtedy dopiero spojrzał w dół i od razu go zemdliło. Zapewnie został wydobyty spod gruzów, które nie miały zamiar go oszczędzać. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie będzie przez to odesłany z powrotem do bazy. Spróbował ruszyć prawą nogą, lecz nie poczuł nic. Zmarszczył czoło.
- Moje nogi... - mruknął
- Złamane - uśmiechnął się do niego żołnierz - W dwóch miejscach. Ach, to będzie dopiero bolało przy składaniu twoich kości.
- Wierzę - warknął i znów ciężko westchnął.
A jednak będzie musiał wrócić.
Blondynka stała przy ogrodzeniu, obserwując grających chłopców. Jej oczy zwrócone były tylko na jednego. Śledziła jego ruchy, porównując do tych z przeszłości.
- Zapuścił się - mruknęła i odgarnęła kosmyk włosów za ucho - Tak samo jak i jego włosy. Kiedy on ostatnio o sobie myślał? - westchnęła. Do jej uszu dobiegło kwilenie dziecka, leżącego w niebieskim wózeczku. Uśmiechało się do niej, a jego niebieskie oczęta skrywały jakieś zabójcze zamiary.
- Co kochanie? - ukucnęła przy synku - Też chciałbyś popatrzeć na tatusia? Raczej wątpię, jeszcze nas zauważy i będziemy mieli kłopoty... - połaskotała go po brzuszku - Ray nie lubi niespodzianek.
Istotnie. Mesyia, dawna zawodniczka grupy Trust Kids, spokojnie patrzyła na ojca swojego dziecka, który beztrosko grał w piłkę nożną, nieświadom że jego dziecko jest sto metrów od niego. Zapomniał o niej, ale jak można temu się dziwić? Odeszła przecież z wielkim hukiem, zostawiając po sobie wiele rozdartych serc.
Ale czas ją zmienił, życie również. Poczuła, co to jest obowiązek i trudność w zmaganiu z codziennymi sytuacjami. Los nauczył ją pokory i skromności, w co wcześniej nie była hojnie obdarzona.
Z dziewczyny przemieniła się w kobietę.
Uśmiechnęła się do Raya, wiedząc, że on i tak jej nie widzi. Dotknęła metalowej siatki, tak jakby chciała ją zedrzeć, podbiec do niego i wpaść mu w ramiona. Ale wiedziała, że nie mogła. Nie teraz.
Nadal go kochała.
Z rozmyślań odwróciło ja gaworzenie dziecka. Syn prowadził interesującą rozmowę z ptaszkiem, który przysiadł na wózeczku.
- Wykapany ojciec - zaśmiała się.
Ray otarł pot z czoła i odgarnął swoje brązowe włosy do tyłu. Mecz był całkiem wyrównany.. A może to on stracił już formę, jaką posiadał za czasów Trust Kids? Zaśmiał się z siebie w duchu, przeklinając ostatnie miesiące spędzone przed komputerem. Trochę czasu zejdzie, zanim znów odzyska swoją dawną, olśniewającą formę fizyczną.
- RAY! PODAJ TUTAJ DO CHOLERY! - wrzasnął na niego Zandcar, wymijając go. Szatyn kopnął do niego piłkę, tylko po to, aby zobaczyć chwilę później brawurowy gol.
„To mógł być mój gol..." pomyślał, zły na siebie. Jego przyjaciel podbiegł go niego i klepnął mocno w plecy.
- Dzięki stary - wyszczerzył swoje olśniewające bielą zęby. Pokręcił głową na wszystkie strony, a jego niebieskie kosmyki włosów zawirowały - To była niezła akcja. Oby było takich więcej.
- Taa.. - mruknął, przewracając oczami. Jednocześnie zauważył, jak zbliża się do nich Shinza.
- Co jest chłopaki? Nie gracie dalej? - spytała, wiążąc swoje różowe włosy w koński ogon - To chyba jeszcze nie koniec na dzisiaj? Jeśli wam nie pasuje wynik to możemy zacząć wszystko od nowa.
OD NOWA.
Słowa te uderzyły Raya z mocą galopującego stada koni. W jego myślach zaczęły przewijać się obrazy sprzed roku, kiedy to uczestniczył w międzyplanetarnych zawodach piłki nożnej. Jako napastnik Trust Kids.
Trust Kids. Dzieci Zaufania, dość żałosna nazwa, ale wtedy wyobrażali sobie, że odbudują zaufanie, jakie stracili kilkanaście lat temu. Wtedy to ówczesny trener reprezentacji Nastar dokonywał haniebnych oszustw. Kiedy wszystko wyszło na jaw, Nastar zostało zdyskwalifikowane z zawodów na piętnaście lat. Lecz i kiedy kara minęła, nikt nie myślał o stworzeniu nowej drużyny. Dokonał tego dopiero Sevor... Który zmarł kilka miesięcy temu. Zostawiając po sobie puste nadzieje i wielkie ambicje.
OD NOWA.
A gdyby tak...? Zacząć od nowa? W końcu jest wielu znakomitych graczy na planecie.. On sam jest jednym z nich, wystarczy kilka treningów, a znów będzie siał strach na boisku. Jest także i Nova. Dannet nie może, praca za bardzo go pochłonęła, a Loria.. jest w ciąży. Grać nie może.
Ale mówić tak.
Była w końcu kapitanem Trust Kids. Byłby z niej znakomity trener nowej reprezentacji planety Nastar.
A reszta zawodników? Rozejrzał się wokół siebie. Zandcar - mistrz precyzji, Shinza - zawsze była tam gdzie i kiedy trzeba oraz Koner - syn Sevora, który odznaczał się niebywałą szybkością podejmowania decyzji. Już pięciu graczy. Jeszcze dwóch znalazłoby się po naborze i gotowe. Świetna drużyna.
- RAAAAAAAAAAAAY! - wrzasnęła mu do ucha Shinza - ŚPISZ!?
Spojrzał na nią oniemiały. Znów mu kogoś przypominała, ale nadal nie wiedział kogo.
- Ja..
- Tak, ty! - tupnęła ze złości nogą - Masz zamiar tak stać i myśleć? I tak w tym nie jesteś dobry.
Zignorował jej dokuczanie, próbując sformułować ważne zdanie.
- Shinza, wpadłem na pomysł.. Wiesz, po tym wszystkim co się stało.. I jak to wyglądało.. - zaczął.
- Ray, nie owijaj w bawełnę - szarpnęła go za koszulkę - Mówisz, albo zaraz dostaniesz.
- Postanowiłem stworzyć Trust Kids od nowa i wystąpić w przyszłych zawodach międzyplanetarnych, tylko po to, aby odzyskać pozycję w galaktyce i zdobyć puchar - wyszczerzył zęby, widząc jej rozszerzające się oczy ze zdumienia.
Spodziewała się ciekawa współpraca.
- Przyszły wyniki, proszę pani - powiedziała pielęgniarka, wręczając Lorii kopertę - Czy mam zawołać lekarza?
- Nie trzeba - uśmiechnęła się do niej. Kobieta odeszła, zostawiając przy okazji obiad.
Loria z westchnieniem rozpoczęła otwieranie koperty. Co w niej może się znajdować? Czy wszystko w porządku z jej dzieckiem? Co było przyczyną tego omdlenia w domu? Na usta cisnęło jej się wiele pytań, lecz ze spokojem wyjęła kartkę z diagnozą.
Przeczytała.
I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze jeden.
Prawda nie mogła do niej dotrzeć. W jej zielonych oczach pojawiły się łzy. Spuściła głowę, pozwalając, aby białe włosy ukryły rozpacz na jej twarzy.
Znów jest chora.
Myślała, że po wydarzeniach związanych z fluxem Eddonów, komórki nowotworowe zniknęły na zawsze z jej organizmu. Jak bardzo się myliła! Teraz miała dowód na papierze.
Rak płuc powrócił.
Pozwalała, aby łzy spływały po jej policzkach. I tak nikt na nią nie patrzył.
Został jej ponad rok życia. Rok! Czy do tego czasu zdąży się nacieszyć dzieckiem, które za pięć miesięcy urodzi? Według lekarzy, jej choroba nie powinna wpłynąć na zdrowie dziecka. Całe szczęście, tylko tego brakowałoby do jej nieszczęścia.
Ścisnęła kartkę, walcząc z narastającym szlochem.
Vansen, gdzie jesteś?
Kioa ze spokojem obserwowała tajemniczą kulę Fluxu, znajdującą się w najstarszej części Siedziby Stowarzyszenia Flux. Od kilku tygodni przychodziła tutaj codziennie, zastanawiając się, co ta kula tutaj robi i czemu wydaje jej się taka.. ludzka. Oraz, powinna być czerwona. A jest biała. Przekręciła głowę, obserwując, jak tajemniczy obiekt pulsuje, niczym serce żyjącego człowieka. Czy ta mgiełka żyła? Czy miała jakąś świadomość?
- Kim jesteś? - rzuciła pytanie w pustkę. Kula zamigotała znow niebieskim światłem. Zawsze tak robiła, gdy Kioa pytała się o coś. Dziewczyna westchnęła i przeczesała dłonią swoje wspaniale bujne fioletowe włosy. Zmrużyła oczy - jedno w kolorze niebieskim, drugie brązowym - mając nadzieję, że jednak Flux przemówi.
Nic z tego.
Westchnęła ciężko. Miała nadzieję, że jej cierpliwość zostanie w końcu wynagrodzona.
Zmęczony, masował skronie, mając nadzieję, że ból głowy szybko zaniknie. Znów minął kolejny ciężki dzień, pełen nowych ofert od strony poważnych klientów. Firma jego ojca rozrastała się w szybkim tempie. Ale nie wiedział, czy on dalej temu podoła. Ta praca męczyła jego młody organizm, nie był wcześniej przyzwyczajony do takiego wysiłku psychicznego... Zgasił światło w pokoju, wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz było już ciemno, miasto oświetlał księżyc w nowiu. Kiedy to on ostatni raz patrzył się na niego...
- Szefie... - usłyszał melodyjny głos zza drzwi. Przebiegł go dreszcz. Nie miał ochoty dzisiaj na jej gierki.
- Możesz wejść, Meani. Nie powinnaś już być w domu? Czy to może cos aż tak ważnego się zdarzyło? - odwrócił się w jej stronę i zamarł. Blondynka zbliżała się do niego powoli, kołysząc kusząco biodrami, a odgłos jej wysokich szpilek ginął tym razem w dywanie. Jej bluzka miała jeszcze większy dekolt niż zwykle... O ile można byłoby to nazwać bluzką. Widać było, że pod spodem nie ma stanika, a jej ubranie do zakrywających nie należało.
- Meani, nie powinnaś się może.. mmm.. stosowniej ubierać? - zapytał, czerwieniąc się nagle. Całe szczęście, że w gabinecie było już ciemno.
- Szef sam powiedział, że mam się ubierać stosownie do mojej pracy.. Więc mam bluzkę oraz spódnicę.
„Czy masz na myśli ten mały kawałek materiału zakrywający twoje pośladki!?" krzyknął w myślach, starając się na nią nie patrzeć. Za dużo emocji w nim wzbudzała, emocji których teraz wolałby nie doświadczać. Chrząknął i podszedł do biurka, udając, że szuka czegoś w papierach.
- A więc co Ciebie tutaj sprowadza? - nie odwrócił się do niej.
- Och, przyniosłam tylko sprawozdanie z dzisiejszej transakcji, szefie - powiedziała gardłowym głosem.
- Dziękuję. Możesz już odejść - niby nagle znalazł cos w papierach i zaczął się temu przyglądać. Niespodziewanie kartka z jego dłoni zniknęła, a on sam został przyciśnięty do biurka. Przed sobą miał twarz swojej sekretarki, która naparła na niego swoimi wielkimi piersiami.
- Trochę chyba tutaj zimno... Nie wydaje ci się? Trzeba trochę rozgrzać... atmosferę - mruknęła, bawiąc się jego krawatem.
- Nie, jest bardzo ciepło - odwrócił wzrok - Nie powinnaś może wrócić do domu?
Zaśmiała się, jednocześnie odwiązując mu krawat.
- Nie martw się o mnie.. Ale fakt, jest tutaj gorąco - zaczęła odpinać guziki ze swojej skąpej koszulki, patrząc się mu prosto w oczy - Zdecydowanie jest mi za ciepło... - i wtedy, ku jego przerażeniu, zdjęła z siebie bluzkę, ukazując teraz dokładnie swoje wielkie walory kobiece. Zabrała się za odpinanie jego koszuli.
- Nie - złapał ją za dłonie - Meani, co ty robisz?
- Przestań się ze mną bawić w te gierki, Dannet. Widzę jakim wzrokiem na mnie patrzysz, i wiesz czego ja od ciebie chcę - wcisnęła kolano pomiędzy jego nogi - Nie próbuj udawać, że nie widzisz... - i zanim zdążył odpowiedzieć, pocałowała go namiętnie w usta, a jego dłonie skierowała na swój biust. Czuł, jak napiera na niego całą siłą... Odezwało się w nim także pożądanie. Przycisnął do siebie blondynkę, a ta jęknęła z rozkoszy. Przytrzymał sekretarkę i obrócił się, sadzając ją na biurku. Dziewczyna całowała go coraz zachłanniej, wyprawiając z językiem takie rzeczy, że aż zakręciło mu się w głowie. Nie zauważył nawet, jak odpięła jego spodnie i ściągnęła swoją bieliznę. Wydał z siebie dźwięk rozkoszy, czując jej dotyk na swoim ciele. Było mu tak dobrze, jak wtedy z...
Oprzytomniał w jednej chwili.
- Nie - warknął, odrywając od siebie Meani siłą. Dziewczyna spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Nie zaprzeczaj swoim uczuciom - znów nachyliła się w jego kierunku, chcąc go pocałować. Odsunął się i zaczął zapinać swoje spodnie.
- Ubierz się - mruknął, podając blondynce jej bieliznę. Ta westchnęła z niesmakiem i powoli zaczęła wkładać na siebie rzeczy. Kiedy w końcu dopięła bluzkę na ostatni guzik, złapał ją za rękę i bez słowa wyrzucił z gabinetu. Usłyszał cicho chichot za ścianą.
Oparł się o drzwi i westchnął.
- W co ty się wpakowałeś, stary - spytał sam siebie, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi.
Nova przytulała do siebie przyjaciółkę, próbując ją jakoś pocieszyć. Wiedziała jednak, że za wiele to jej nie pomoże. Otarła łzy z twarzy.
- No cóż Loria, będzie trzeba w takim razie zmienić podejście do życia - uśmiechnęła się do niej słabo. Dziewczyna wykrzywiła usta i spojrzała na Raya. Chłopak siedział cicho, trzymając ją za rękę, pogrążony w myślach.
- Ziemia do Raya! - warknęła Loria - Nie mów mi, że aż tak nad moją chorobą myślisz.
- No nie - wyznał szczerze. Nova uderzyła go gazetą w głowę, a ten udał, że jęczy z bólu.
- Więc nad czym?
- Wiesz... - spojrzał na nią swymi brązowymi oczami - Myślałem nad odtworzeniem Trust Kids.
Obydwie zamarły na chwilę, tylko po to, aby potem się nawzajem przekrzykiwać.
- ŻE CO!?
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz!?
- Skąd masz takie pomysły w głowie!?
- I niby kto będzie trenerem?
- A zawodnicy? A sponsor?
- Spokojnie dziewczęta, wujek Ray nad wszystkim pomyślał - uśmiechnął się promiennie - W nowej drużynie byłbym ja i ty Nova. Ale poczekaj - rzekł, widząc, jak już otwiera usta - Oprócz nas mój kumpel, taka jedna dziewczyna oraz syn Sevora.
- Ale Naxer nie żyje!- krzyknęła Loria.
- No tak. Ale Sevor miał jeszcze jednego syna, nieślubnego. Nazywa się Koner i całkiem fajny z niego chłopak. A co do sponsora - myślałem, że może nim być Dannet, w końcu i tak tonie w kasie. Trenerem zaś ty, Loria.
- Za dużo myślisz - warknęła Nova - Nie widzisz, w jakim ona jest stanie!? Jest w ciąży, ma raka płuc, został jej ponad rok życia, a ty od niej wymagasz, aby poprowadziła Trust Kids ku zwycięstwu!? A Dannet!? Ten samolub nie odzywa się do nas, odkąd zaczął obracać się w szanownym bogatym świecie! - wyrzuciła ręce do góry - To bez sensu! To..
- Wspaniałe - przerwała jej Loria - Uważam, że to doskonały pomysł.
Obydwoje spojrzeli na nią z zaskoczeniem. Uśmiechnęła się do nich.
- Myślę, że przydałoby się skończyć pracę Sevora. Oraz chciałabym coś po sobie zostawić, jak umrę - zachichotała cicho - Nieźle moglibyśmy zagrać na nosie innym planetom, które już postawiły na nas krzyżyk. Oraz.. Shargani zyskali Flux, czy nie byłoby miło znów z nimi zagrać? - przekrzywiła głowę - Ciąża i choroba to żadna przeszkoda w osiągnięciu czegoś, nad czym pracowało dużo ludzi. Może to już ostatnia szansa, aby podnieść chwałę Nastaru sprzed prawie dwudziestu lat.
Nova podrapała się po czole, myśląc intensywnie. Zaś Ray aż promieniał szczęściem.
- Trzeba by było urządzić nabór... - powiedziała w końcu Nova - I to nie za miesiąc, ale zaraz, rozgrywki do mistrzostw zaraz się zaczynają.
- Ja zajmę się sponsorem - uśmiechnął się chłopak - Dannet na pewno okaże chęć współpracy.
- Tak, Dannet zawsze jest chętny - mruknęła - Do wszystkiego.
Loria zaśmiała się.
- To zaczynamy. Od nowa.
Silvar przystanął, czując powracający ból w nodze. Mimo, że odbył solidną rehabilitację, stara rana nadal mu dokuczała. Był świadom, że w pełni sprawny już nigdy nie będzie. Ale mimo tego pojechał na wojnę, narażając się na te wszystkie niedogodności. Westchnął i wyprostował się, mając nadzieję, że Gaja nie widziała grymasu bólu na jego twarzy. Rozejrzał się. Rudowłosa siedziała pod ścianą, czyszcząc karabin. Była cała w drobnych ranach oraz w pyle. Mimo tego, wyglądała uroczo i niewinnie, jak zawsze.
- Silvar, masz może jeszcze naboje do tej broni? - spytała, wskazując na rzecz leżącą koło niej. Potrząsnął ze smutkiem głową. Ostatnio wyczerpały im się prawie wszystkie zapasy, musieli teraz oszczędzać każdy nabój. Gaja westchnęła i zaczęła przeliczać zawartość swojej kieszeni. Ze względu na to, że znajdowali się na wyższych poziomach głównej siedziby U-Uanów, rzadko kiedy do nich trafiała pomoc od Gaanów. Prawdę mówiąc, byli zdani na siebie i zdobycze od wrogów.
- Silvar... - znów zaczęła dziewczyna, marszcząc z niezadowolenia brwi - Czemu mi nie mówisz, że boli cię noga?
Przeklął cicho.
- Ból nie jest taki mocny i rzadko kiedy to się zdarza - skłamał gładko. Spojrzała na niego swoimi zielonymi oczami, kalkulując na ile to była prawda, a na ile kłamstwo. W końcu wstała i przytuliła się do niego.
Z przyjemnością wtulił się w jej ciepłe ciało, zanurzył twarz w gęstych rudych włosach.
- Kocham Cię - szepnęła do jego ucha Gaja, tak aby nie usłyszała tego pozostała część oddziału.
Uśmiechnął się. Zawsze była skryta w uczuciach, nie lubiła mówić takich rzeczy publicznie.
- Ja Ciebie też - mruknął, a potem zaskoczył ją szybkim delikatnym pocałunkiem. Odsunęła się od niego niezadowolona i zerknęła, czy nikt tego nie widział. Jej zdaniem, miłość na wojnie była surowo zabroniona. Widząc jej reakcje, zarechotał, co zdenerwowało ją jeszcze bardziej. Pokazała mu język i wróciła z powrotem na swoje miejsce.
Rzuciła w niego karabinem.
- Masz. Czyść to - warknęła - Mamy dużo do roboty - posłała w jego kierunku uśmiech.
Oj, dużo.
W innej części budynku Vansen pochylał się nad rannym Chandelanem. Jego dowódca był przytomny, ku jego nieszczęściu. Ból był ogromny. Próbując oderwać myśli od tego nieprzyjemnego uczucia, postanowił porozmawiać ze swoim uczniem.
- Vansen...- mruknął. Szarowłosy podniósł brwi.
- Słucham?
- Może chciałbyś ze mną o czymś porozmawiać?
- Nie - rzekł chłodno o odwrócił się od niego.
No tak. O tyle rozmowy. Nagle Vansen spojrzał z powrotem na zielonowłosego.
- Albo może tak. Kim jest ta Louiel, której mam przekazać pewne słowa, w razie twojej śmierci?
Chandelan uśmiechnął się słabo.
- Znalazła się u nas kilka miesięcy temu, była towarzyszką zmarłego już Alvara. Jako że na Nastarze była rehabilitantką, szybko sobie znalazła u nas pracę. Samotna, wałęsała się codziennie po statku, nie znając nikogo.
- Samotność to nie brak towarzystwa - powiedział cicho Vansen.
„Tak Vansenie, ty zapewnie o tym wiesz najlepiej" pomyślał Chan.
- Zaprzyjaźniła się ze mną oraz innymi dowódcami, takimi jak Cadey, Silvar, Kioa i Gaja. Zaczęliśmy stanowić paczkę przyjaciół... - westchnął - Ona jest...
- Kochasz ją? - spytał szybko szarowłosy.
Dowódca spojrzał na niego zaskoczony. Co on też mógł wiedzieć o miłości?
- Czuję do niej to, co ty czujesz do dziewczyny, której imię wymawiałeś podczas halucynacji.
Vansen rozszerzył szeroko oczy, kompletnie zaskoczony. Czyżby, po odniesionych ranach, było z nim aż tak źle?
- Ja nie kocham nikogo. Zapamiętaj to sobie - warknął.
- To sobie odpowiedzieliśmy - mruknął Chandelan.
A ból powrócił.
Tylu odważyło się napisać: (3) | Dodaj swój własny komentarz!
Dawno nowego rozdziału nie było. Ale zrozumcie, w tym roku tak na mnie naciskają w nauce, że sama ledwo wyrabiam! Nie mam nawet czasu, aby spotkać się z przyjaciółmi na mieście! Nic! Tylko nauka! I ja nie jestem nawet kujonem! Uczę się kilka godzin, a dostaję pały! Kurdę, co ja mam wkuwać aż 8 godzin, aby mieć chociaż 4??? <drze na strzępy sprawdzian z czerowną jedynką> Argh! W tym roku coś się uwzięli na wszystkich uczniów!
I przepraszam, że nie komentuję waszych rozdziałów, albo komentuję z wielkim opóźnieniem. Powód czemu, to już pokazałam.
NIECIERPIĘ NAUKI!!
Ale szkoła nawet fajna. Moją w czasie wakacji odmalowano :D
Rozdział 2
"Sztuka znikania z naszych serc"
Stukał palcami o blat stoły, kiedy wreszcie drzwi się otworzyły i wkroczył Zandcar. Powitał przyjaciela swoim zniewalającym uśmiechem i przysiadł się do niego. Zamówił u kelnerki kawę i jakieś ciastko, poczym spojrzał na Raya.
- Stary, co słychać?
Poruszył ramionami.
- Jak na razie… Cóż, nie robie nic. Matki pieniądze służą mi za wybawiciela.
- No to sobie żyjesz- zaśmiał się.
- A ty?- podniósł kawę do ust i upił łyk.
- Ja…- westchnął- Spełniłem swoje marzenie. Zostałem policjantem- uśmiechnął się szeroko- Służę na razie w takich mniejszych rolach, jak łapanie dilerów, czy też wyłapywanie nielegalnego użycia broni. Ale za kilka lat..- jego oczy rozświeciły się- To mnie prześlą na wydział kryminalny. Dopiero wtedy będzie praca!- krzyknął radośnie.
- Gratulacje- pokiwał głową.
- A ty, jak widzę.. Dalej grasz w piłkę… Tylko że teraz poza stadionem…
- Fakt- trącił łyżeczką filiżankę- Nie jestem już w drużynie. Zresztą, ta drużyna już dawno nie istnieje- westchnął- Jak na razie, gram z wami, na naszym miejscowym boisku. Polubiłem bardzo ten sport.. Zawsze zresztą to kochałem. Nie mam zamiaru tak łatwo z niego zrezygnować.
- A jakaś dziewczyna…??- uśmiechnął się podejrzanie.
- Nie mam- mruknął- A ty?
- Nie- ten też spochmurniał- Niestety, nie mam- westchnął.
- Siedzimy w tym samym gównie, stary.
Po raz kolejny przyłapała się na myśleniu o Vansenie. Jakoś nie mogła o nim zapomnieć. Dotknęła naszyjnika z trzema koralikami. Prezent, który dała mu na 19 urodziny. A on… Kiedy odszedł, pozostawił jej ten naszyjnik. I dziecko.
- Durna patelnia- warknęła, próbując wyszarpnąć naczynie spośród innych garnków. Dziecko. Będzie matką, będzie miała dziecko, będzie się nim opiekować. Jak na razie, nie docierały do niej te słowa. Zawsze się zastanawiała, jak to jest mieć potomstwo. Bawić się z nim. Dawać mu jeść, przytulać, mówić, iż się go kocha. Westchnęła cicho, dając patelnię na kuchenkę. Włączyła ją i przyglądała się, jak masło topnieje w jej oczach. Tak… Tak właśnie ona topniała. Topniała z miłości… Której nie zaznała. Była na siebie wściekła. Zakochała się w niewłaściwej osobie. Ale miłości się nie wybiera, cóż…
- Ale ty jesteś głupia, Loria- warknęła na samą siebie. Fakt, głupia. Pozwoliła mu uciec, pójść przed siebie. Nawet, jak to, czego doświadczyli tej ostatniej nocy… Nawet to go nie powstrzymało. Musiał być bardzo zdeterminowany. Ale czemu? Co go tak kusiło w inną stronę? Słyszała kiedyś od niego, że ktoś mu zabił rodzinę. Fakt, mógł wyruszyć po to, aby się zemścić. A kiedy już się zemści.. To co? Wróci do niej po przebaczenie? Bo musiał pomścić rodzinę, a teraz może już się żenić? Prychnęła. Kochała go tak bardzo, że by mu wybaczyła. Głupia miłość. I co teraz? A jak on nigdy nie wróci? Będzie sama wychowywać dziecko? Dziecko, które nie będzie miało ojca? I co mu powie? „Tatuś ciebie opuścił, miał ważniejsze plany…” Fakt. Ważniejsze.
I nagle doszła do jednego wniosku.
Już wątpiła w to, czy powróci. Czy mu w ogóle wybaczy.
- Przylecieli ranni!- ktoś krzyknął. Louiel zerwała się szybko i zaczęła biec ku garażom. Nie oszczędzała sił. Wśród rannych martwych mogli być jej przyjaciele. Musiała jak najszybciej tam dobiec. Kiedy wreszcie przystanęła, zrozumiała, że już jest. Podbiegła do statku i czekała aż otworzą się drzwi.
- Ilu rannych?- zapytała pilota, który wyszedł pierwszy.
- Ponad siedemdziesięciu.
- A martwych?
Spuścił głowę.
- Połowa z rannych- mruknął i poszedł zdać raport u zastępcy naczelnego dowódcy.
- Podaj mi listę!- krzyknęła do jednego z medyków. Skrzywił się jej donośnym głosem i o d razu podał listę. Szybko przebiegła ją wzrokiem Wśród martwych nikogo, kogo znała. Wśród rannych także. A to oznacza, że jej przyjaciele nadal są na wojnie… Przełknęła ślinę. Chciała ich widzieć całych i zdrowych, na statku. A nie gdzieś indziej. Zobaczyła, jak na noszach wynoszą rannych. Niektórzy naprawdę wyglądali źle.
Zaczęła przechodzić koło każdego rannego, próbując jakoś pomóc. Udało jej się już zatamować, teraz właśnie bandażowała nogę jednego z mężczyzn. Był nieprzytomny i całe szczęście. Wątpiła, czy by siedział cicho, mając taką raną na nodze. Teraz kończyła bandaż zgrabną kokardką. Mężczyzna się poruszył i uchylił lekko powieki, kierując swój wzrok na blondynkę. Trochę się speszyła.
- Wszystko będzie dobrze- powiedziała. Nie wiedziała, czy to usłyszał.
- Czy ty jesteś Louiel?- rzekł. Głos miał suchy, ostry.
Podniosła zdziwiony wzrok na jego twarz.
- Tak.. To ja- powiedziała szybko, czując narastającą gulę w gardle.
- Chandelan kazał mi tobie przekazać pewną wiadomość.
Zimne dreszcze przebiegły po całym jej ciele. Próbowała utrzymać równowagę ducha.
- Co powiedział…??- wyszeptała, nie mogąc patrzeć się już na mężczyznę.
- Żebyś się pozbierała jakoś.
- Co?- zmarszczyła czoło.
- Kazał ci powiedział, że…
- Że co?- przerwała wysokim głosem. Zaraz zacznie płakać.
- Że on już nie wróci.
- NIE! Ty palancie! Jak mogłeś!!- wrzasnęła, próbując wyswobodzić się z jego ucisku.
- Słuchaj, ona taka sama…- złapał ją za nadgarstki i przybliżył do siebie- Słuchaj, jakoś tak wyszło. Ale ja nadal ciebie kocham… A tamta blondynka nic dla mnie nie znaczyła, rozumiesz? Ty jesteś najważniejsza.
- Bo ci uwierzę- prychnęła i wyszarpała się z jego objęcia. Odeszła kilka kroków i skrzyżowała ręce na piersiach- Nic dla ciebie nie znaczyła. Ale się z nią przespałeś, prawda? I co, była lepsza ode mnie w łóżku?- warknęła.
Podszedł do niej i przejechał dłonią po jej różowych włosach.
- Kocham cię.
- Ale się przespałeś z inną.
- Kocham cię- powtórzył, lekko ją ku sobie obracając.
- Ciekawe- zmrużyła oczy- Jakbyś mnie kochał, to…
Nie dokończyła, bo zamknął jej usta pocałunkiem. Sama nie wiedząc czemu, oddała go. Ręce chłopaka zaczęły krążyć po jej ciele, dotykając każdej jego części. Wsunął dłoń po koszulkę i przejechał nią po zapince od staniku. Oderwała na chwilę wargi os jej ust i spojrzał na nią. Znała już ten wzrok. Wiedziała, czego zaraz będzie chciał. Pozwoliła mu się jeszcze raz pocałować. Niech to, co zaraz powie, go zaboli. Rozpiął jej stanik.
- Shinza…- wyszeptał, całując jej szyję.
Jeszcze nie teraz, pomyślała. Ale jego usta były natarczywe.
- Powiedz mi tylko…- wyszeptała. Musnęła wargami jego policzek- Czy będziesz płacił alimenty?
- Że co?- powiedział, nadal ją całując.
- Bo ta blondynka jest w ciąży!!!!- wrzasnęła, dając mu porządnego liścia w policzek. Chłopak się zatoczył. Szybko zapięła stanik, wzięła swoją torbę i skierowała się ku wyjściu. Rzuciła ostatni wzrok na swojego byłego już chłopaka.
- Ponoć to chłopczyk- rzuciła i wyszła z mieszkania.
Za drzwiami się lekko, sama do siebie, uśmiechnęła.
Wcisnął dłonie głębiej w kieszenie.
- Interesuje mnie ta dziewczyna…
- Shinza- odpowiedział Ray od razu, nadal patrząc przed siebie.
- Właśnie. Bardzo ładna, co nie?- Zandcar westchnął i spojrzał na przyjaciela- Stary?
- Ładna, ładna- mruknął, nadal będąc w innym świecie.
- Jako policjant, raczej nie mam kontaktu z dziewczynami. A jak już, to nie aż tak ładnymi- znów westchnął- W moim dziale to sami mężczyźni. Tylko sprzątaczka kobietą. Mówię ci, ale czasami przestępcy zdarzają się kobietami. I to całkiem ładnymi- przerwał, poprawiając zamek u bluzki- Tydzień temu trafiła do nas kobieta. Niby zabiła swojego męża. Miała ładne, blond włosy. Proponowała mi, żebyśmy się spotkali, ale jakoś tak nie wypadało…- Ray pokiwał głową- W każdym razie, okazało się, że to jej własna matka zabiła swojego zięcia. Bo coś tam, jakaś sprawa. A trzy miesiące temu trafiła do nas bardzo ładna, młoda dziewczyna. Na samym początku była agresywna i się rzucała, ale potem…
- Uspokoiła się?- mruknął, kopiąc kamyk, który leżał na jego drodze. Zbytnio nie słuchał przyjaciela. Raczej był zainteresowany swoimi myślami krążącymi wokół Sheimy. Gdzie ona teraz jest? Co robi? Czy żyje? Kto się nią opiekuje? Czy nadal stacza bójki? Czy ma gdzie mieszkasz? Martwił się o nią. I to bardzo. Czuł się jak ojciec, jak brat dla niej, drżąc na każdym jej niepewnym kroku. Westchnął.
- Tak, uspokoiła się- podjął dalej swój monolog- I się już nie odezwała. Siedzi w kącie, prawie nic nie ja. Ciągle blada. Trafiła do nas, bo uczestniczyła w jakiejś bójce, gdzie zostało popełnione morderstwo. Ponoć nie stawiała oporu nawet. Nie jest winna, ale trzymamy ją dopóki nie wezwą na przesłuchanie. A tak, to siedzi u nas.
- Acha- mruknął.
- Nazywa się… Eee…- zamyślił się- Jej imię zaczyna się na „Sh”, ale nie pamiętam teraz… Jest ładna, ma takie duże, brązowe oczy- spojrzał na przyjaciela- A ty co taki zamyślony? Słuchasz mnie w ogóle?
- Co?- podniósł głowę.
Policjant prychnął.
- No wiesz. Ale z ciebie przyjaciel.
- W rekompensatę jutro to ja zapraszam ciebie na kawę- uśmiechnął się.
Złapała się blatu stołu. Poczuła, jak w głowie się jej kręci. Zamrugała powiekami. Ciąża chyba nie powinna nic takiego dawać. Loria spróbowała wyprostować się, ale nagły silny ból rozerwał jej klatkę piersiową. Upadła na kolana, ciężko oddychając, jedną ręką trzymając się blatu stołu. Ciemne plamki przed oczami nie miały zamiaru zniknąć. Na złość, było ich coraz więcej.
- Co jest grane?- wyszeptała sama do siebie, z trudem łapiąc oddech. Znów przeraźliwy ból.
Kiedy upadła na ziemię, była już nieprzytomna.
Kolejny telefon.
- Tak. Na jutro- powiedział szybko, i nie czekając na reakcję jednego z jego pracowników, odłożył słuchawkę. Patrzył się, jak jego sekretarka ładnie porusza biodrami. Szła właśnie w jego kierunku, trzymając plik dokumentów w rękach.
- Proszę… Do podpisania- powiedziała zniewalającym głosem.
- Zero rozrywki, tylko praca- westchnął ciężko i podsunął do siebie dokumenty. Ku jego zdumieniu, kobieta oparła się dłońmi o blat i nachyliła się. Bardzo blisko jego twarzy. A szczególnie jej biust. Bluzka z dużym dekoltem. Byłby pewien, że gdyby nachyliła się jeszcze bardziej, to jej piersi wprost by wyszły z tej białej bluzki. Poprawił krawat i udał, że tego nie zauważył. Uciekł wzrokiem.
- Jeśli chcesz…- zaczęła swym pociągającym wzrokiem- Dostarczę ci pewnej rozrywki.
Tylko nie to, pomyślał.
- Mam mnóstwo pracy- chrząknął i zaczął przeglądać kartki.
- Rozumiem- uniosła brwi- Ale wieczorem już chyba nie…??
- Zaraz mam ważne spotkanie- wyminął się z odpowiedzi. Kobieta wyprostowała się i uśmiechnęła.
- Jestem pewna, że niedługo zaczniesz odczuwać brak… rozrywki…
Nie wiedział, ile jeszcze wytrzyma.
Kolejny strzał. Vansen zasłonił sobie uszy dłońmi.
- Cholera!- krzyknął, widząc, że jego bandaż znów jest cały mokry i czerwony od krwi. Chandelan, który opierał się o ścianę i ładował następną amunicję, tylko spojrzał na jego tors.
- Musisz wytrzymać- powiedział sucho, biorąc drugi pistolet- Nasz medyk przed chwilą właśnie umarł, sam widziałeś. A następna grupa jest o kilka korytarzy stąd. Musisz wytrzymać!- powiedział głośno. Szarowłosy kiwnął głową i dotknął znów bandaża. Syknął. Bolało. Rana sprzed trzech dni, kiedy to dostał kulą w klatkę piersiową, jakimś cudem nie uszkadzając mu zbytnio narządów. Ale za to niemiłosiernie bolało. Popatrzył się na Chandelana. Ten to był prawie cały w bandażu. W ciągu ostatnich trzech miesięcy dostał już jedenaście razy. I nadal się trzyma. Powiedział, że chce być na wojnie do końca.
- Czy…- zaczerpnął powietrza- Masz jakieś wiadomości o Cadeyu??
- Nadal żadnych- odpowiedział mężczyzna, który właśnie do nich przyszedł. Przyniósł apteczkę i przyglądał się teraz zielonookiemu- Nie wiemy gdzie się podziewa wraz z piątką innych naszych wojowników. Ponoć mogą być na ostatnim piętrze. Tam jest największa zawierucha. W końcu tam jest sam szef U-Uanów i Hiurin. Ta jego prawa ręka.
- Ilu straciliśmy dzisiaj?- spytał Chan.
- Tylko, i zarazem aż, dziesięciu. Czterech jest rannych.
Kiwnął głową.
- Przekaż Silvarowi, że moja grupa się jakoś trzyma. Z sześćdziesięciu zostało nam czterdziestu jeden. I niech przyśle tutaj medyka. Bo nasza trójka została ubita, niestety. W moim imieniu przekaż pozostałym grupom, żeby poszukali Cadeya i jego grupę. I niech wszyscy idą na górne piętra, tu na dole już prawie nic nie ma.
- A gdzie twoja grupa?- wojownik rozejrzał się.
- W tamtym pomieszczeniu- wskazał za ciebie- Odpoczywają.
- Dobrze. Pędzę w takim razie do grupy z Garetem- powiedział, poczym pobiegł dalej korytarzem.
Vansen zmarszczył czoło.
- Jesteś pewien, że nikogo na tym piętrze nie ma?
- Nie- odpowiedział i sprawdził broń- Pamiętasz, co masz przekaż, jak…??
- Tak- wstał i skrzywił się- Pamiętam.
- To dobrze. Bo za tym skrętem stoi sześciu i właśnie ładują na nas broń.
- Zgadłeś…- warknął mężczyzna, który wyskoczył zza ściany. A za nim jeszcze kilku.
Kilkanaście strzałów rozległo się jednocześnie.
Ostatnim uczuciem Vansena był ból.
Tylu odważyło się napisać: (4) | Dodaj swój własny komentarz!
A więc... No tak. I oto pierwszy rozdział drugiej serii... Zapraszam! :D
PS. Przepraszam za nieobecność, ale szkoła piłuje.
Rozdział 1
"Każdy czyn, nawet dobry, ma swoje skutki"
Olbrzymie białe światło rozlało się na całą planetę. Zawiał wielki wiatr. Poczuli, jak coś znika…
---------------
Minęły cztery miesiące.
W ciągu tych czterech miesięcy wszystko się zmieniło. W pucharze Galactik Football wygrali w końcu Eddoni, miażdżąc dosłownie swoich przeciwników. O Trust Kids już wszyscy zapomnieli. W gazetach czasami się może pojawiło jakiś wyraz związany z drużyną Nastaru, ale żaden artykuł. O osobach z drużyny także zapomniano. Ale co innego było najgorsze.
Flux zniknął.
W pewnym sensie, zniknął tylko z planety Nastar, jednakże przez to Shargani zyskali flux, bo okazało się, iż „biały, oślepiający blask” uaktywnił pokłady Fluxu na Shargan. Planeta ta była bardzo blisko Nastaru, mówiono iż, tam też widziano biały blask oblewający całą planetę. Czemu jednak tak blask powstał, tego nie wiedział nikt. I nikt nie próbował dociec. A to że mantra zniknęła… Nikt tym się nie przejął. Ludziom flux był obojętny. Wykorzystywany tylko do piłki nożnej. A to było tylko ich marzeniem. Znów atmosfera na Nastarze była taka, jak przed utworzeniem Trust Kids. „Piłka? Marzenie. Straciliśmy zaufanie” słychać było w radiu, w gazetach, na ulicach. Nikt już w to nie wierzył, aby kiedykolwiek Nastar odzyskał zaufanie w kwestii piłki nożnej…
----------------
Otworzyły się drzwi.
- I co?- Nova gwałtownie wstała, patrząc się na przyjaciółkę. Ta pokiwała głową.
- O cholera- mruknęła, podchodząc do białowłosej i biorąc ją pod rękę- Chodź. Pójdziemy na jakąś mocną kawę. Przyda ci się- westchnęła. Wyszła wraz z Lorią ze szpitala i ruszyły w kierunku kawiarenek i restauracji.
- I co teraz będzie?- spojrzała na Lorię.
- Nic- uśmiechnęła się.
- Jak to nic?- krzyknęła- Ten bałwan zrobił ci dziecko, a ty mówisz, że nic!
Przyłożyła dłonie do brzucha.
- Mam coś, co zostawił mi Vansen- spojrzała czule na brzuch- W każdym razie, będę miała dziecko. A to, jaki był ojciec… To się nie liczy- spojrzała w bezchmurne niebo- Uwierzysz? Już wrzesień. Nie ma go już tyle miesięcy. A ja wytrzymuję.
- Odkochałaś się- mruknęła, kopiąc kamyk.
- Nie- zaprzeczyła- Ja go nadal kocham, Nova.
- Mów składniej, Loria.
- Ech- machnęła ręką- Chodź lepiej na kawę.
Kiwnęła głową.
- A wiesz co? Jestem ciekawa, czemu dopiero teraz się skapnęłaś, iż jesteś w ciąży. W końcu to cztery miesiące! Zaraz będziesz miała brzuszek. Już go powoli masz, chociaż aż tak nie widać- uniosła brwi- Nie gadaj, że udawałaś ślepego.
Spochmurniała.
- No wiesz co… Domyślałam się, że jestem w ciąży, ale jakoś to do mnie nie docierało… Teraz, jak widzisz, poszłam z tobą do lekarza. I jak widzisz, będę miała dziecko- znów się uśmiechnęła- Chciałabym, aby to była dziewczynka- rozmarzyła się.
- Dobra, dobra- zagderała bordowowłosa, w wiecznym złym humorze- Chodźmy na tą piekielną kawę.
Louiel beznamiętnie obrywała płatki kwiatu, który rósł w doniczce. Stała właśnie na mostku, przyglądając się innym, jak krzątają się niczym kotki z pełnym pęcherzem. Westchnęła głośno, schylając głowę. Akurat miała przerwę. I dobrze. Nie chciała znów wracać do tego, co zdarzyło się jakieś trzy miesiące temu.
Kiedy wszyscy wydobrzeli po tej akcji z wyciągnięciem Cethis, postanowiono zrobić napad na U-Uanów, aby ostatecznie zniszczyć tą organizację. Poleciało około tysiąca żołnierzy, najlepszych w posługiwaniu się bronią, a do tego medycy i inni. Razem około półtora tysiąca. Louiel nie poleciała, dostała wyższe stanowisko w centrum dowodzenia. Była jednym z informatorów.
Informacji nie dostawali żadnych. Tylko czasami się udało wyłapać kilka zdań z fal dźwiękowych, takich jak „Przyślijcie więcej ludzi”, „Jest coraz gorzej” oraz „Wysyłamy wam rannych i martwych”. Co tydzień przylatywały statki z rannymi i co tydzień odlatywały z żołnierzami. Teraz już prawie nikogo nie było. Sami ranny, oraz kilkunastu żołnierzy, aby utrzymać ład. Louiel spała tylko cztery godziny na dobę, próbując podzielić czas między opiekowaniem się rannymi, a pomaganiem w centrum dowodzenia. Naprawdę było źle.
Najgorsze jest jednak to, że Chandelan także poleciał na tą wojnę. A na dodatek otrzymał dowództwo nad calutkim oddziałem. Nie wiadomo teraz było o nim nic. Zupełnie. Wraz z nim poleciała Gaja, Silvar, Cadey i Vansen. Została na statku, gdyż Chandelan jej powiedział, iż „Nie powinnaś lecieć. Jeszcze coś ci się stanie. Zostaw to mnie…” A potem odleciał, w środku nocy. Bez żadnego pożegnania. Może nie chciał się żegnać, bo wiedział co będzie?
Zamknęła oczy i przełknęła ślinę.
Tak bardzo chciała, aby wojna wreszcie się skończyła.
Ale wiedziała, że to dopiero początek.
Dla niej każdy dzień był spełnieniem marzeń. Każda myśl dodała jej sił na lepsze jutro. Przeżywała teraz najszczęśliwszy okres w swoim życiu. Szczególnie, że brzuszek się już zaokrąglił. Czule na niego spojrzała, niewinnie wystającego z fartucha. Ayumi potargała sobie włosy i zabrała się z powrotem do przeglądania badań. Evion uśmiechnął się do niej, i jak przechodził, lekko musnął dłonią o jej biodro. Aż zadrżała.
Szklany flux dał im niesłychaną sławę. Każdy chciał przybyć i przypatrzyć się szklanemu fluxowi, ponieważ nigdy go nie widzieli. Przybyło także kilkanaście naukowców, którzy chcieli prowadzić badania. Evion i Ayumi nie zgodzili się. To była ich zdobycz i to oni badali go badali i poddawali testom. Pieniądze na koncie wzrastały, ponieważ rząd Nardenów uznał, iż badania szklanego Fluxu, i to właśnie przez ich naród, jest wyjątkowo ważny i dlatego wszystko finansowali. Ayu aż dziwiła się, jak to coraz nowsze meble pojawiały się w jej nowym domu.
Była, jest, szczęśliwa.
Szósty miesiąc ciąży. Lekarze nawet już oznajmili, iż to będzie dziewczynka. Poszukiwania imiona dla ich nowego dziecka było nie lada wyczynem. Codziennie wieczorem spierali się o to. Evion chciał jakieś tam, a Ayu obstawiała przy swoim. Wyglądało na to, że dziecko będzie miało dwa imiona. Albo jego rodzice dojdą do porozumienia.
Co będzie nie lada wyczynem.
- Tak. Umówiony na jutro- powiedział do słuchawki, która odłożył chwilę potem z powrotem. Zaraz znów usłyszał dzwonek. Z niechęcią sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął telefon. Westchnął i przycisnął przycisk.
- Tak… Za tydzień dostawa już będzie… Nowe zamówienie? Ależ oczywiście!... Kwota taka sama, jak przedtem, tak…- odczekał chwilę, aż klient się wygada- Oczywiście. Około miliona neonów da mi pan przelewem, jako zaliczkę? Resztę może mi pan wpłacić po trzech miesiącach…. Oczywiście, jesteśmy umówieni na wtorek, za tydzień… Do widzenia- skończył i położył telefon na biurku wyrobionym z najlepszego drewna. Wszystko zresztą wokół było drogie, cholernie drogie. Dywan za trzysta tysięcy neonów? Za tyle to mógłby sobie kupić trzy samochody terenowe. A nie mówiąc o innych już rzeczach, jak komputer, telefon czy też dziurkacz.
Dannet tak właśnie już żył.
Pieniądze, pieniądze i kontrakty. Rozwijał firmę swojego ojca. Nawet nieźle mu szło, jeżeli był na plusie o jakieś 5 miliardów neonów, a na dodatek podpisał kilka ważnych kontraktów. Żył w luksusie, ale… Brakowało mu przyjaciół, śmiechu, wspólnych wypadów. Teraz za przyjaciółkę miał telefon i sekretarkę.
Sekretarka. No właśnie.
- Proszę!- krzyknął, wiedząc, że to właśnie ona. Drzwi i uchyliły i weszło bóstwo, inaczej spełnienie marzeń każdego mężczyzny. Była to młoda kobieta, o blond włosach upiętych w kok, ukazując jej smukłą szyję. Jej ściśle opięta, czarna bluzka ukazywała wielkie walory kobiety. Mini spódniczka, czarna, była zdecydowanie za krótka. A do tego czarne szpilki, których odgłos zniknął na drogim dywanie. Jej wielkie, niebieskie oczy, patrzyły się w dość dziwny sposób na Danneta. A ten przełknął ślinę.
- Oto raporty, szefie…- powiedziała tajemniczym, melodyjnym głosem.
- Tak.. Dzięki, Meani- przyłapał się na tym, że patrzył na jej biust.
- Wracam do roboty.. Gdybyś czegoś chciał…- spojrzała na niego- Wezwij mnie..
Zabrzmiało to co najmniej dwuznacznie.
- Tak- mruknął. Kobieta wyszła, a on sięgnął po kolejny dzwoniący telefon.
Długo już nie wytrzyma z tą pracą. I z tą kobietą.
- Podaj do mnie, durniu!
- Ej, do tyłu!
- Kurczę, tutaj, chłopie!!- wrzasnął chłopak i odebrał pędzącą ku nim piłkę, poczym zaczął samotny bieg na bramkę przeciwnika. W ostatniej chwili prześlizgnęła mu się pod nogami dziewczyna, odbierającym tym samym piłkę. Zdezorientowany, gwizdnął i pobiegł dalej, Zaraz koło niego znalazł się brązowooki szatyn.
- Niezła jest, co nie?- zagadnął.
- Nom- odparł na swój sposób- A nawet nie wiemy, jak się nazywa.
Brązowooki zachichotał.
- Masz rację- przyśpieszył- Jak to dobrze, znów grać w piłkę…
- Tego nigdy się nie zapomina- odparł chłopak. Miał niebieskie włosy i brązowe oczy. Był bardzo przystojny, ale to jego uśmiech z białymi zębami robił wrażenie na dziewczynach. I niepowtarzalny charakter.
- Zandcar, słuchaj…- nie dokończył, gdyż przyjął piłkę od innego chłopaka. Szybko podał do tajemniczej dziewczyny, która podała do białowłosego chłopaka o lazurowych oczach. Ten zaś wyminął przeciwnika i oddał niesamowity gol.
- Ten też jest niezły- podbiegł zdyszany Zandcar do szatyna- Ponoć nazywa się Koner. Mówią, iż jest synem samego Sevora, co niedawno zmarł. Biedak, stracić tak wspaniałego ojca…
Oniemiał. Wpatrzył się w Konera. Fakt, dostrzegał te subtelne białe włosy.. I lazurowe oczy. Nagle coś do niego dotarło.
Był niemal identyczny jak Naxer.
Poczuł ukłucie gdzieś w okolicy serca. Naxera nie było już na świecie od pół roku. Ale za to nadal szatyn przychodził na jego grób, Tobiana i Clease, aby złożył kwiaty i zapalić świeczkę. Zawsze będzie pamiętał o tych wyjątkowych ludziach.
Sheima.
Stał na środku boiska, wpatrując się w bezchmurne, wrześniowe niebo. Wydawało mu się, iż widzi Lorię i Novę, idące chodnikiem i zawzięcie o czym dyskutujące. Otrząsł się i powrócił do rozmyślań na temat Sheimy. Nie wiedział i nie słyszał o niej od czterech miesięcy. Tęsknił za nią. Choć, nie powinien, po tym, co zrobiła.
- Chcesz wodę?- zapytała się go ów tajemnicza dziewczyna. Miała różowe włosy sięgające do pasa i wielkie, fioletowe oczy iskrzące czymś niezwykle intrygującym. Wydawało mu się, że już gdzieś widział te włosy i oczy.
Wszystko mu się już kojarzyło z przeszłością.
- A tak w ogóle- powiedziała dziewczyna- Jestem Shinzna.
- A ja Ray.
- A jakieś wiadomości o Mishi masz? W ogóle o niej ani słychu- rzekła nagle Loria.
- Nie wiem- poruszyła ramionami- Nie widziałam jej od czasu wielkiego błysku.
- Ja także…- zamyśliła się- Myślisz, że ona miała coś z tym wspólnego?
Nova westchnęła.
- Znając Mishę.. Tak. Mam nadzieję, że wróci…
- Ja także…- spojrzała w niebo.
Kioa spieszyła przez korytarze siedziby Stowarzyszenia Fluxa. Wiedziała, że musi dojść do pewnego miejsca. Ale nie wiedziała, co ją tam wołało. Gdzie? Do najmniej odwiedzanej części siedziby Fluxa. Tam, gdzie nikt nie zagląda, tylko woźny czy też sam mistrz Fluxu. Było to wielkie pomieszczenie, gdzie tysiące świec unosiło się w powietrzu, a zapach kojarzył się ze świeżym, wiosennym wiatrem. Na samym środku komnaty istniał wielkie obłok Fluxu w kolorze czerwonym. A dzisiaj był białym. Należy zbadać tą sprawę.
Ponoć ten obłok był początkiem Fluxu. Ponoć to on właśnie był pierwszy, to od niego wszystko się zaczęło. Kioa nie wiedziała, czemu tutaj idzie, czemu podchodzi do obłoku i przygląda mu się z dziwnym zainteresowaniem.
- Wytłumacz mi…- szepnęła sama do siebie. Obłok zamigotał na chwilkę błękitnym światłem. A potem z powrotem był biały. A nie czerwony. To było dziwne. Nie jest czerwony. Biały.
- I tak się dowiem… Zresztą, i tak nie mam nic do roboty- powiedziała cicho. Cadey był na wojnie, a ona nie mogła tam być, przy nim, z powodu ran, jakie uzyskała w poprzedniej misji. A poza tym była bardziej potrzebna w Stowarzyszeniu Fluxa. Uczyniono ją nawet zastępcą samego mistrza. Był to niezwykle ważny status.
Kiedy odchodziła, wydawało jej się, że obłok stał się bardziej… Ludzki…
Stała nad grobem ojca swojego syna.
- Sevor… Ty zawsze będziesz z nami- powiedziała z uśmiechem.
Powiał wiatr.
Arika otarła łzę.
Tylu odważyło się napisać: (3) | Dodaj swój własny komentarz!
Ostatni rozdział....
Całkowicie pisany przez Shadow Cat. Napisała go już wtedy, kiedy ukazał się 10 rozdział.
W trakcie czytania radzę posłuchać do tego muzykę z http://youtube.com/watch?v=B7zJ0yVSSvE
Wtedy, poczujecie klimat.
Szczerze? Kiedy po raz pierwszy to przeczytałam, płakałam. Że to wszystko się skończyło.
Rozdział na 9 stron w Wordzie.
Doceńcie pracę Shadow Cat komentarzami...
Ja sama wam dziękuję za wszystko. Za to, że byliście, za to że komentowaliście, dodwaliście słów otuchy, słow pocieszenia, radości i szczerych rad. Dziękuję wam za to, że byliście. Bo to wy jesteście najważniejsi na tym całym bloogu.
Zapraszam w ostatnią podróż z Trust Kids...
Rozdział 48
"Żyjemy po to, aby żyć"
Pakował tylko te rzeczy, które uważał za niezbędne. Buty, koszulki, spodnie. Żadnych jakiś drobiazgów. Torba była mała, ale w sam raz. Tam zapewnie nikt z nim nie będzie konkurował, czy ma dużą torbę, czy nie. Westchnął cicho i zapiął torbę. Był już całkowicie przygotowany na wyjazd.
Vansen rozejrzał się po pokoju. To był ten pokój, w którym jęczał z zakwasów od ciągłego grania w piłkę nożną. To był ten pokój, gdzie Clease dowiedziała się, iż wygrała w konkursie. To był ten pokój, w którym spędził prawie ostatni rok. Pokój się nie zmienił. A on… Tak. Teraz wyruszał na statek Gaanów. Nie wiedział sam, czemu powziął taką szybką decyzję. Zawsze był stanowczy i raczej nie lubił się domyślać przez kilka godzin, rozmyślać nad życiem. Gaani to była jego przyszłość. Tam wszyscy go zostawią w spokoju. Będzie mógł wieść własne życie. I nie potrzebuje w tej kwestii jakiś kilkudniowych rozmyślań. Wystarczyła perspektywa nowego życia. To wystarczyło.
Wziął torbę na ramię. Czas iść.
Kiedy się odwrócił, stał naprzeciw Lorii.
- Dokąd się wybierasz?- spytała cicho.
- Nie twoja sprawa- burknął i chciał ją wyminąć.
- Vansen- złapała go za koszulkę- Dokąd idziesz? Chyba nas nie opuszczasz?
Spojrzał na nią zimnym wzrokiem.
- Gdzieś- wyminął ją.
- Vansen… Nie odchodź…- jej głos się załamał. Przystanął.
- Odchodzę. Idę wieść nowe życie. To moja sprawa- powiedział krótko.
- Nie możesz odejść- pokręciła głową- Nie teraz.
- Co mnie tu trzyma?- spojrzał w sufit.
Poczuł, że dziewczyna za nim staje.
- Nie chcę, abyś odchodził. Za dużo razem przeżyliśmy.
- Dlatego, chcę to zakończyć i iść dalej swoją drogą.
- Czy ty zawsze jesteś taki? Jak coś ci się znudzi, to już to porzucasz? Jak małe dziecko?
Spuścił głowę.
- Widzisz… Nie każdy się rodzi idealny, Loria.
- Zapamiętałeś moje imię- jej głos był teraz ironiczny- Szanowny pan Vansen zapamiętał moje imię. Szanowny pan Vansen ma wszystkich w dupie i postanawia opuścić swoich przyjaciół, z którymi tak dużo wycierpiał!!- wrzasnęła.
- Ja…- zatkało go.
- Spierdalaj!- krzyknęła i z płaczem wybiegła z pokoju. Sam nawet nie wiedział, czemu pobiegł za nią. Dogonił ją dopiero w jej pokoju. Stała na samym środku, zaciskając pięści . Po jej policzkach spływały łzy. Szarowłosy zamknął ostrożnie drzwi na klucz i podszedł do dziewczyny.
- To nie jest tak, jak sobie myślisz- rzekł.
- A jak?- wyszeptała. Przezroczysta łza spłynęła po jej policzku.
Milczał. Poprawił torbę.
- Muszę iść. Nie mam za wiele czasu.
- Nawet dla mnie…- szepnęła.
Zagryzł wargę.
- Podaj mi chodź jeden powód, dla którego mam nie opuszczać was.
Odwróciła się do niego. Spojrzała mu w oczy.
- Bo ja ciebie kocham., Vansen. Powinieneś już dawno to zauważyć…
Owszem, zauważył. Ale nie chciał tego powiedzieć na głos.
- Loria…
- Kocham cię. Znasz chociaż znaczenie tego słowa, co Vansen? Wiesz co ono oznacza? Czy ktokolwiek powiedział ci kiedyś to piękne słowo?- powiedziała cicho- Czy kiedykolwiek odwzajemniłeś to uczucie? Czy kiedykolwiek odwzajemnisz?
Sam nie wiedział, co powiedzieć.
- Vansen…- uciekła wzrokiem w bok- Kocham cię. To jest jeden z powodów.
Tylko kiwnął głową.
- Podam ci też drugi…- powiedziała znów cicho. Wspięła się na palce i pocałowała chłopaka w usta. Rękę wsunęła w jego szare włosy. Zielonooki opuścił torbę na ziemię i objął dziewczynę, sam oddając pocałunek. Pocałunek, który zaraz przemienił się w szaloną namiętność. Całowali się tak, jakby nic dla nich nie istniało. Vansen zdjął z dziewczyny koszulkę, obsypując jej szyję pocałunkami. Odwzajemniła się. Posunęli się dalej, niż tego oczekiwali. Wziął ją w ramiona, cały czas nie odrywając warg od jej soczystych ust i padli razem na łóżko…
„Wiem, że to co zrobiłem… Nie, inaczej. Wiem, że postąpiłem źle. Że nie zasługuję na drugą szansę. Że jestem skończonym kretynem. Nawet, gdybym odwzajemnił jej uczucie… Nie wiem, czy ona zaakceptowała by mnie takim, jakim ja jestem. Na razie… Wyruszam swoją drogą. Ku nowemu życiu, ku nowym przygodom…”
Vansen
Kiedy się rano obudziła, szarowłosego nigdzie nie było. Za to, na szafce nocnej, leżał wisiorek z trzema koralikami. Z łzami w oczach wzięła go do ręki i przytuliła do policzka. Cicho zaszlochała i popatrzyła się przez okno.
Jakiś ptak wesoło śpiewał, zapowiadając nowy, majowy dzień.
„Nie wiem, czemu on to zrobił. Nie wiem, ze kiedykolwiek się zmieni. Kocham go. To mi wystarczy. Kocham go ponad wszystko. Zrozumiałam to już wtedy, kiedy zaprosił mnie na lody. Już wtedy. A teraz?? Będę musiała sama wieść życie… Bez niego. On poszedł w świat, żądny przygód. Ja tego powiedzieć nie mogę. Ja już nie mam przyszłości. Pozostała mi już tylko przeszłość…”
Loria
Choroba objęła także tors. Nie poruszał nogami, rękoma. Nawet szyją. Teraz już wiedział, iż do koniec. Sevor zacisnął powieki. Bał się bólu. Ale on nie nadchodził. Myślał zawsze, że śmierć kojarzy się z jakimś ogromnym bólem. Lub z jakimś odrętwieniem. A teraz? Nie czuł nic. A wiedział, że to koniec. Jak przez mgłę widział Arikę. Obok niej siedział młody chłopak, o białych włosach i lazurowych oczach. Był identyczny jak jego syn. A może to już wszystko mu się wydaje i widzi Naxera? Może już jest w zaświatach? Wypuścił powietrze. Nie mógł oddychać. Czuł się, jakby wszystko mu uschło w płucach. I w gardle.
- Sevor…- kobieta pogłaskała go po ręce. Nie czuł tego.
Poczuł, jak traci wzrok.
- Dziękuję…- wyszeptał.
Już nic nie widział.
- Dziękuję ci… Za to że byłaś moim przyja…- urwał. Zakrztusił się. Poczuł, jak krew spływa mu z kącików ust i leci po brodzie. Poczuł? On już nie czuł nic. Za to widział białe smugi oraz spokojny glos dochodzący z oddali. Uśmiechnął się, chociaż nie wiedział nawet, czy mu się to udało. Pozwoli, aby wszystko upłynęło. Pozwolił, aby wszystko się skończyło.
Poczuła, jak śmierć kołysze go w ramionach.
„ Ktoś inny wykona to, co chciałem zrobić. Nachodzą nowe czasy… Nowa era..”
Sevor
Arika pocałowała w czoło ojca swojego syna.
- Żegnaj, przyjacielu…- wyszeptała i otarła łzę.
Sevor umarł z uśmiechem na twarzy, ze wzrokiem utkwionym w coś, czego on tylko mógł zobaczyć.
Kościół.
Wszystko przyszykowane. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Teraz tylko brakło tego, co najważniejsze. Par nowożeńców. Ludzi było wielu, każdy odświętnie ubrany. Mężczyzna siedział przy fortepianie, kobiety przyszykowały swoje skrzypce. Ksiądz odmówił jeszcze błogosławieństwo o dobrą mszę. Pogoda była słoneczna, nawet rozćwierkanym ptakom udzielał się nastrój ceremonii.
Mężczyzna dostał znak. Zakasał rękawy i zaczął grać marsz weselny. Chór młodych dziewcząt dodawał uroku. Ksiądz uniósł wzrok znad ołtarza. Uśmiechnął się, widząc dwie panny młode, idące koło siebie. Każda piękna. Każda inna. Każda promieniująca tą samą aurą radości, miłości. Goście umilkli, chłonąc wzrokiem dwie kobiety.
Ayumi nerwowo ściskała swój bukiet ślubny. Wszystko było tego, jak chciała. Ale te nerwy… Zrozumiała, że to musiało być coś normalne. Jej ojciec mówił jej kiedyś, że jego kuzynka z nerwów zemdlała podczas ceremonii ślubnej. Ayu nagle się wyprostowała. Co to, to nie. Będzie dzielna. Uśmiechnęła się skrycie, śmiejąc się w duchu z własnej głupoty.
Cethis poczuła się jak w niebie. Do ołtarza, to leciała chyba już tylko na skrzydłach miłości. Jej rozmarzony wzrok spoczywał tylko na jednej osobie. Nie Firielu. I na jego namiętnie niebieskich oczach, od których zawsze miękły jej nogi. Teraz poczuła to samo. Przyrzekła sobie, że wytrzyma. Zaczęła myśleć o tym, jakie to będzie wesele. A potem, po weselu.. Zarumieniła się lekko i spojrzała kątem oka na Ayu. Ona chyba była też zdenerwowana. Lecz puściła jej oczko i uśmiechnęła się.
Dotarły do ołtarza.
- Zebraliśmy się tutaj…- zaczął ksiądz.
„To, na co zawsze czekałam. To, o czym zawsze śniłam. Marzenia się spełniają…”
Ayumi
„ Lata niewoli. A teraz? Lata szczęścia, miłości. Marzenia się spełniają….”Cethis
Dannet stał na środku pokoju, trzymając list w dłoni. Wciąż wpatrywał się w niego, nie mogąc w to uwierzyć. Po prostu nie mógł. To było niespodziewane… Ale nie odczuwał żadnego żalu, wyrzutu sumienia. Nie odczuwał smutku, nie miał zamiar płakać. Czemu? Czyżby był zimny jak lód? Nie. Po prostu. Nie miał co płakać za ojcem, skoro nigdy mu nie okazał czułości. No, może teraz, po śmierci. Okazał mu czułość, pozostawiając mu jego gigantyczną firmę, obejmującą kilkanaście planet.
- Co tam masz, kochanie?- uśmiechnęła się Nova.
- Mój ojciec nie żyje- odrzekł.
- Przykro mi…- posmutniała.
- Nie, nie to nie jest ważne. On mi zostawił swoją firmę.
Dziewczynie szczęka opadła.
- C-Co? I masz zamiar ją wziąć?
- Tak- odrzekł od razu- To firma mojego ojca- podkreślił dwa ostatni słowa.
- No tak- skrzyżowała ręce- I zapewnie będziesz żył, tak jak on.
- O czym ty mówisz?- popatrzył się na nią.
- O życiu twojego ojca- warknęła- Będziesz jak on. Zimny, nieczuły. Taki drugi Vansen. A na dodatek będziesz przychodził późno do domu, pracował dwadzieścia godzin na dobę, nie znajdziesz dla mnie czasu, zrobisz mi dziecko, nie będziesz się martwił o mnie, tylko dawał mi kasę, zamiast czułości- uciekła wzorkiem- A na dodatek twoją jedyną atrakcją będzie ładna sekretarka, która będzie ci dostarczać rozrywki podczas twoich dwuminutowych przerw.
- Nova…- otworzył usta ze zdumienia- Ale…
- A myślisz, że będzie inaczej? Jak weźmiesz tą firmę, spotka ciebie takie życie.
- Muszę wziąć tą firmę. To było życie mojego ojca…
- I co?- prychnęła. Odskoczyła, jak chciał ją przytulić.
- Nova, posłuchaj. To nie tak.
- A jak? Będzie tak samo.
- Masz rację, będzie- warknął nagle, tracąc nad sobą kontrolę- Znajdę dobie atrakcyjną sekretarkę, która będzie mi rodzić dzieci i zadba o moją przyszłość. A na dodatek będę sobie wyjeżdżać na ciepłe planety. Pasuje?- zacisnął pięści.
- Pasuje!- krzyknęła. Odwróciła się do drzwi- Skoro tak.. Ty dla mnie już nie masz miejsca.
- Nie mam, fakt. Skoro ty nie potrafisz zrozumieć, co to oznacza spadek po własnym ojcu.
- Ja nie miałam ojca.
- O, przepraszam, mieszkałaś ze stukniętym pijakiem- warknął- I to ci się odbiło na psychice.
Odwróciła się do niego. Miała łzy w oczach.
- Dobrze. Zrywam z tobą- powiedziała twardo.
- Nie. To ja zrywam z tobą- rzekł dobitnie.
Wybiegła z płaczem.
„ Nie wiem, jak on mógł mi zrobić coś takiego. Jak w ogóle, mógł pomyśleć, aby przejąć interes ojca? Czy ja się dla niego bardziej nie liczę? Czy ja nie jestem dla niego ważniejsza? Zawiodłam się na nim. Ale mimo to… Kocham cię…”
Nova
„ Egoistka. Owszem, wiem, że będę prowadził takie życie. Ale ja ją kocham, w przeciwieństwie do mojego ojca, który mojej matki nie kochał. Znalazłbym dla niej czas. Ale ona myśli tylko o sobie. Najlepiej, gdybym robił wszystko, co ona chce. Czasami trzeba zrozumieć, że nie ma innego wyjścia. Że trzeba robić to, na co nie ma się ochoty. Czasami trzeba się pogodzić z własnym losem…”Dannet
Ray zajechał autem pod dom. I to, co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Tu odbywała się jedna, wielka impreza. Mnóstwo zaparkowanych aut, światła wszystkie włączone, kilkunastu ludzi stojących przed domem i palących papierosy lub pijących alkohol bliżej nie znany. Wszyscy śmiali się, wrzeszczeli. Gdzieś w ciemnym kącie zauważył całująca się parę. Wyszedł z auta i usłyszał ogromny hałas wywołany muzyką rodzaju hiphop. Zauważył w oknach tańczące pary. Ocenił, że musiało tu być ponad sto osób. Dużo.
- A ty też, na imprezę?- powiedziała jedna z dziewczyn do niego. Była mocno umalowana, w skąpych ciuszkach.
- To mój dom- wyszeptał, patrząc się, jak na balkonie jakaś dziewczyna rozbiera się do naga.
- Taa.. A wiesz, że mam stado zielonych kotów?- zachichotała. Przysunęła się bliżej i nieoczekiwanie polizała go po szyi- Jak chcesz, to możemy zniknąć na chwilę. Dawno już z nikim nie byłam. A ty wydajesz mi się obiecujący…- zachichotała.
- Spadaj- warknął i pobiegł do domu. Tak był istny bałagan. Wszędzie leżały puszki po piwie, chipsy lub zapici ludzie. Inni na to nie zwracali uwagi i tańczyli dalej w rytm jakiś uderzających wrzasków. Ray nie wiedział, co robić. Ale wiedział, kto za tym stoi. Szybko złapał jakiegoś chłopaka za ramię i potrząsnął nim.
- Gdzie Sheima?- ryknął, próbując przekrzyczeć muzykę.
- W kuchni!- krzyknął- Masz piwo??
Zignorował go i pobiegł do kuchni. Tam znalazł pustą lodówkę i kilka dziewcząt zalanych w trupa.
- Gdzie Sheima?
- Co?- otworzyła jedna z lasek następne piwo- Sheima? Tańczy z jakimś chłopakiem.
Poczuł, jak złość ogarnia całe jego ciało. Pobiegł z powrotem do salonu. Wśród tańczących i naćpanych ludzi próbował znaleźć sprawcę tego całego zajścia. Wściekły, jak nigdy dotąd, odnalazł ją, kiedy piła piwo z jakimś kolesiem, wesoło rozmawiając. Na jego widok zamarła. Piwo wyleciało z jej ręki. Otworzyła usta ze zdumienia i zrobiła się cała blada. Chłopak spojrzał na Raya i zmarszczył czoło.
- A kto to, Sheima?- wskazał palcem na szatyna.
- Pan tego domu- wyszeptała cicho. Usłyszał to jej kolega. Także zbladł. Po chwili zniknął w tłumie tańczących, coś wykrzykując. Ludzie przerwali zabawę i zaczęli szybko wychodzić z domu, zabierając po drodze swoich naćpanych kolegów i pijane koleżanki. W ciągu piętnastu minut, wyszli wszyscy, pozostawiając wielki bałagan. A Ray cały czas stał naprzeciwko Sheimy i się nie odzywał. Szykował sobie już mowę. Już wiedział, co zrobi. Już dawno nawet powinien to zrobić…
- Przepraszam- Sheima wbiła wzrok w ziemię, ręce włożyła do kieszeni.
Milczał.
- Po prostu… Co tydzień lub dwa jest organizowana impreza w jednym z domów. Taka nasza paczka. I teraz kolej przyszła na mnie. Przedtem się dużo razy wymigiwałam. Postanowiłam, że tym razem się nie upokorzę- lekko podniosła głowę- Dlatego, zorganizowałam tutaj imprezę. Przepraszam, że ciebie o niej nie powiadomiłam. A wszystko, co nabałaganili, posprzątam. Obiecuję.
Zacisnął pięści.
- Wynoś się- powiedział cicho.
- Proszę?- zatrzepotała rzęsami.
- Wynoś się z tego domu- rzekł zimno i twardo- Na zawsze. Nie chcę ciebie znać.
- Ale, Ray..
- Straciłaś właśnie swoją drugą szansę. Wynoś się, zanim wezmę policję.
- Ale..
- Żadnych ale!- ryknął- Nie słyszałaś, co powiedziałem? Wynoś się z tego domu- wskazał palcem na drzwi- Nie chcę ciebie znać! Nie chcę znać takiej ćpunki, złodziejki i pijaczki! Kto by chciał taką znać! Tylko użalać się nad sobą potrafisz!- podniósł głos- WYNOŚ SIĘ!
- Dobrze…- powiedziała potulnie. Szybko poszła do swojego pokoju. Usłyszał jak się pakuje.
I jak płacze.
„ Nie wytrzymałem. Już nie mogłem. Zawiodła moje zaufanie po raz drugi. Trzeciej szansy już jej nie dam. Nie dam się wodzić za nos. Mam jej dosyć. Sama zmarnowała sobie życie. Sama to zrobiła. Nie wiem czemu, może nigdy nie zyskała opiekuńczości, rodzinnego ciepła. Ja jej go nie mogę dać, kiedy ona jest pijana, naćpana i po rozróbie w sklepie muzycznym, gdzie skradła płyty, wieże stereo i gitary. Zmarnowała sobie sama życie, nawet nie wiedząc, że to robi…”
Ray
Sheima patrzyła się co chwilę za siebie, na swój stary dom. Teraz szła ulicą, promienie księżyca oświetlały jej postać. Otarła łzy z oczu. Sama nie wiedziała, czemu to zrobiła. Czemu zawiodła jego zaufanie. A teraz… Szła przed siebie, nawet nie wiedząc dokąd. Nie miała domu, nie miała pieniędzy…
„ Wracam do starego życia. Rozboje, bijatyki, kradzieże i picie. Te chwile, które spędziłam w domu Raya, uważam za najlepszy okres mojego życia. Mogłam zasmakować prawdziwego życia. A teraz… Sama zniszczyłam sobie życie. Popełniłam wiele błędów. Wiem już teraz, co należy robić, aby wieść nowe, szczęśliwe życie… Nie, nie wiem. Ja nigdy nie będę miała szczęśliwego życia, gdy będę je prowadzić na ulicy, pośród puszek piwa i naćpanych kolegów. Żałuję tego, co zrobiłam… Ukradzione życie…”
Sheima
Louiel spacerowała po całym statku. Postanowiła go zwiedzić, nawet nie omijając schowku z miotłami. Teraz dotarła do części, gdzie była restauracja i kawiarnia. W tym drugim zauważyła swoich przyjaciół. Kioa, Cadey, Gaja, Silvar i Chandelan. Z boku siedział jakiś zabójczo przystojny chłopak o szarych włosach i zielonych oczach. Z tego, co już wiedziała, musiał to być jakiś Narden. Pomachała im na powitanie. Odmachali, nadal się z czegoś śmiejąc.
- I słuchaj!- powiedział Silvar- Po tym ślubie, byliśmy na weselu. A tam co? Okazało się, że to jakaś szopa! Żebyś widział minę tej Ayumi! Totalny szok!- Gaja i Kioa ryknęły śmiechem- A Cethis Tylka zaczęła się histerycznie śmiać. A wtedy, jakaś ładna blondynka, o imieniu Kiyalla, wyszła i powiedziała, że przeprasza tą Ayu. Ta jej wybacza i oby dwie wpadły sobie w ramiona. Następnie przyszedł jakiś tam Ferrans- spojrzał ukosem na Louiel, która słuchał z napięciem- I zaprowadził nas wszystkich na tył szopy. A tam co? Pałac, jak z bajki! Okazało się, że podjechali ze złej strony i widzieli starą szopę na narzędzia. A ten dom… Istne cudo. Park, ogrody…
- Basen, jeziorko, stajnie…- dodała Kioa.
- Właśnie- kiwnął głową- I zaczęła się uczta! Myśmy oczywiście nie pili…
- Ta, bo ci uwierzę- trąciła go łokciem Lou.
Chłopak wyszczerzył zęby.
- A więc, po imprezie, pojechaliśmy po Vansena.
- Vansen?- zdziwiła się blondynka.
- To ja- powiedział zimno szarowłosy chłopak- Jestem Vansen.
- Pochodzi z Nastaru- rzekł Chandelan- Z twojej rodzinnej planety.
Kiwnęła głową. Vansen wstał, rzucił jakieś zdanie, że gdzieś idzie i wyszedł z kawiarni. Zostali sami. Cadey rzucił jakiś tekst i od razu się roześmiali. Śmiali się tak, jakby nic innego nie istniało. Przepełnieni szczęściem, łzy leciały po policzkach Louiel, wiedząc, że właśnie spełniło się jej marzenie. Wreszcie ma przyjaciół, z którymi może się pośmiać, posiedzieć, pogadać. Kioa ją do siebie przytuliła, kiedy im to powiedziała.
Śmiali się nadal.
Przyszedł jakiś mężczyzna, mając w dłoni aparat. Powiedział im, że wyglądają na tak szczęśliwych, że chce to uwiecznić. Tym razem Silvar rzucił jakimś tekstem i wszyscy znów płakali ze śmiechu. Fotograf skręcał się ze śmiechu. Kiedy wreszcie się w miarę uspokoili, ustawili się do zdjęcia. Cadet złapał w talii Kioę, ta objęła Silvara, który objął Gaję. Rudowłosa zarzuciła rękę na plecy Louiel, a blondynka poczuła, jak Chandelan ją łapie w talii. Wszyscy się uśmiechnęli.
- Wnuki zobaczą, że naprawdę byłem kiedyś przystojny- dodał Silvar. Gaja wybuchnęła śmiechem
- Powiedźcie z entuzjazmem „Gaani”!!- krzyknął fotograf.
- Gaani!- krzyknęli, śmiejąc się.
Błysnęło zdjęcie.
„ Wszystko kiedyś nadchodzi. Być może, że teraz ci się wydaje, iż wszystko jest do czterech liter. Ale tak nie jest. Po prostu, teraz nie twoja kolej. Każdy musi poczekać na własny rozdział życia, która jest pełen szczęścia. Ja już zaczytałam się w swój. I jestem szczęśliwa z tej lektury. Kim byłam? Byłam ślepą rehabilitantką, bez szansy na lepsze życie. Ledwo wiązałam koniec z końcem. Zakochana w wielkim gwiazdorze, smutna z byle czego. Kim jestem? Pełna radości, życia, mająca przyjaciół, wzrok, przyszłość. Kim będę? To się jeszcze okaże… Jedno jest pewne… Na każdego przychodzi czas…. Nikt nie zostaje ominięty przez los szczęścia…”
Louiel
Misha ze spokojnym wyrazem na twarzy szła przez łąkę. Kilka saren oderwało się od soczystej trawy i spojrzało na nią znudzonym wzrokiem, aby zaraz wrócić do przerwanego jedzenia. Kilka ptaków poderwało się z ziemi, ćwierkając i latać w koło. Dziewczyna uśmiechnęła się i stanęła na odsłoniętym od trawy kawałku ziemi. Zaraz obok rosła olbrzymi jabłonka, która kusiła swoimi białymi kwiatkami pszczoły. Powiał majowy wiatr, przynosząc zapach z pobliskiego lasu.
- Jesteśmy…- odpowiedziała Matiia’kann, zjawiając się za Misha. Shey pokiwała głową.
- Przyniosłaś ze sobą Cari?- uniosła brwi.
- Tak- kiwnęła głową- Mam pewien plan. Proszę, nie przeszkadzaj mi w nim.
Kiwnęła głową. Nigdy nie było wiadomo, na co stać Shey.
- Misha…- zaczęła zielonowłosa- Powiedz mi dokładnie, czemu to robimy?
- Czemu?- uśmiechnęła się- Czemu niszczymy Meta Flux i ten drugi? Nie chcemy, aby przecież wpadł w czyjeś niepowołane ręce. Prawda?- tamta kiwnęła głową- A poza tym, odświeżymy Fluxy. Zrobiłam już badania. Kiedy spowodujemy, iż te Fluxy znikną, tylko Nastar zostanie bez pokładu energii. Trudno, i tak nikt go już nie używa. Co do nas, to zostaniemy wchłonięte przez flux, który musi przecież wziąć coś za coś. Energię naszego życia, aby zniszczyć Meta Flux- popatrzyła się przed siebie- Ja nic nie mam do stracenia. Zrobię to.
- Ja też nic nie mam- westchnęła Matiia’kann- Matka nie żyje. Zmarła już dziesięć lat temu. Ojca nawet nie znałam… Jestem na wpół Cyriosanką, a ty jesteś całą. Moja matka była z Wamba- westchnęła- Naxer nie żyje.
- A ty mi pomożesz zniszczyć Flux- rzekła- Ponieważ masz mantrę i ryk.
Przytaknęła.
- Zaczynamy?- uśmiechnęła się przebiegle Shey.
- Tak. Zaczynamy.
Przed nimi pojawiły się dwie kule Fluxu. Jedna fioletowa, druga zielona.
„ Co mam powiedzieć? Że mi przykro? Że nie chcę odchodzić z tego świata? Że nie widzę już sensu życia? No, co? Straciłam wszystko, a nie mam siły zaczynać nowego życia. Przynajmniej pomogę tym, co chcą rozpocząć nowe życie… Uśmiecham się teraz, myśląc o tych, co kochałam. To mi pomaga. Zawsze o nich pamiętamy…”
Matiia’kann
Misha uśmiechnęła się, widząc rosnącą kulę światła, która oblała całą polankę. Podmuch wiatru rozwiał jej bajeczne włosy. Uśmiechnęła się, przygotowana na to, co nastanie. Uwolniła już całkowicie swoją moc. Zniknęła słońce, zniknął wiatr, zniknęły chmury. Teraz była w wielkiej, białej pustce. Widziała jeszcze, jak Shey szczebiocze do Cari, klękając w nicości. Matiię’kann, która rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się przed siebie, poruszając ustami, jakby wymawiała czyjeś imię. Miała zamknięte oczy, a jej długie, zielone włosy powiewały na od mocy, która wszędzie emanowała. Misha zamknęła oczy. Lecz nie zobaczyła czarnej próżni, którą zwykle miała po zamknięciu powiek. Zobaczyła jednak swoich rodziców. Zobaczyła swojego brata. Zobaczyła sąsiadów, ciotkę, sprzedawcę w sklepie, całą swoją rasę Cyrios. Łzy spłynęły po jej policzkach. Pierwsze łzy, które mogła wreszcie wskrzesić swoją zimną naturą. Roześmiała się, nie ironicznie, ale ze szczęścia. Poczuła, jak energia opuszcza jej ciało. Poddała się już jej. Teraz nie istniał czas, ani miejsce. Istniała tylko ona i jej przeszłość….
„ Czasami nic się nie zmienia…. Ale czy naprawdę?”
Misha
Shey spojrzała na płaczącą Mishę i rozmarzoną Matiię’kann. Sama też się uśmiechnęła. Wiedziała, co one czuły, o czym myślały. Szykowały się na koniec, przypominając sobie swoich bliskich. Połaskotała małą Cari po brzuszku. Dziewczynka zaśmiała się dziecinnie, łapiąc swoją mała rączką palec kotki. Zaśmiała się jeszcze głośniej.
Shey jej zawtórowała.
„ Żyjemy po to, aby przyszykowywać się na niespodzianki. Żyjemy po to, aby żyć”
Shey
---------------
„ Życie jest największym skarbem, jakie istnieje. Szczęście jest tym, co je upiększa. Przyjaciele tym, co dodaje uroku. A smutek i złość tym, co urozmaica i powoduje, że ono nie jest monotonne. Każdy ma swój cel, każdy ma swoja kartę w historii tego świata. Każdy żyje po to, aby ją zapełnić. Bezdomny pijak nie jest gorszy od milionera z pięknym autem. Gwiazda kina nie jest lepsza od kobiety sprzedającej warzywa…
Każdy jest kimś, bez znaczenia, jaki ma zawód, jakie prowadzi życie.
I to się właśnie liczy”
Shadow Cat
Tylu odważyło się napisać: (12) | Dodaj swój własny komentarz!
To jest przedostatni rozdział pierwszej serii.
Mam nadzieję, iż się wam spodoba. Następny rozdział jest w całości napisany przez Shadow Cat. Ona go napisała, przed swoją śmiercią...
Zapraszam do czytania :D
LUDZIE!!!
Wejdźcie koniecznie na tą stronę!!
Polewka na maksa, ryczałam ze śmiechu przez kilka godzin :D
I powiedźcie mi, co o tym myślicie :D
Bo ja po prostu ze śmiechu wytrzymać nie mogę!! :D
Rozdział 47
"Ludzkie błędy nigdy nie wychodzą od razu"
Patrzył się, jak Matiia’kann szkicuje coś w swoim zeszycie. Zaglądnął jej przez ramię. Rysowała nawet ładną dziewczynę, z kocim ogonem i kocimi uszami. Zmarszczył brwi i dotknął ramię zielonowłosej.
- Kto to?- wskazał na rysunek.
- Eee…- zmieszała się- Taka postać z komiksu. Jest też w kreskówce.
- Acha- mruknął Dannet, chociaż to mu nic nie powiedziało. Siedzieli w salonie Akademii. Przyszli wszyscy. On, Matiia’kann, Vansen, Nova i Ray. Ci, co zostali z Trust Kids. Brakowało jeszcze Mishi, ale od kilkunastu dni jej nikt nie widział. Znikła, co do niej pasowało. Tajemniczo, nie powiadamiając nikogo.
Teraz musieli się zastanowić nad przyszłością. I to koniecznie.
- Myślę…- zaczął Ray- Myślę, że należy rozwiązać naszą drużynę…
- Ale- przerwała mu Nova- Sevor tak bardzo liczył, że odzyskamy… zaufanie… U innych. Wiadomo, co się stało kilkanaście lat temu. I do dziś mamy złą opinię. Mimo, iż zagraliśmy już z Sharganami, Jonitami i Eddonami. Sevor tak bardzo na nas liczył…
- Sevor jest śmiertelnie chory- tym razem przerwała im Matiia’kann- I nie ma dla niego żadnego ratunku. Umiera. A co do drużyny… Racja, trzeba ją rozwiązać. Może za kilka lat nasze dzieci utworzą nową drużynę, która znów wysunie Nastar w piłce nożnej na szczyt marzeń.
- To wszystko pięknie brzmi, Matii, ale…
- Ale co?- powiedział Dannet- Wiesz przecież, jaka jest nasza sytuacja. Wyrośliśmy. Jesteśmy starsi, dojrzalsi. Nie mamy trenera. Nie mamy sponsora. Każdy z nas poszedł własną drogą. Dla nas już nie ma drużyny. Możemy teraz tylko liczyć na nowe pokolenie…
- Prawda- kiwnął głową Vansen- Szczególnie, że Tobian, Clease i Loria już nie żyją. Gdzie znajdziemy nowych zawodników, równie dobrych jak oni?- spojrzał na wszystkich- Gdzie znajdziemy takiego wspaniałego trenera, jakim był Sevor? Jak znów wrócimy na boisko, po porażce z Eddonami?
Milczeli.
- Trust Kids przestało istnieć. Taka jest prawda- podsumował Vansen.
- Jest nas piątka. Plus Misha- mruknęła Nova- Ale ona to może się nawet nie liczyć. Nie ma jej całymi dniami, ostatni raz ją widziałam na pogrzebie. Nie wiadomo co robi, gdzie jest. Nawet, jeżeliby doszła, brak nam jeszcze czterech zawodników…
- A Mesyia?- wysunął niespodziewanie Dannet- Gdzie ona teraz jest? Co robi?
Ray poruszył się niespokojnie.
- Nie wiem. Odkąd zerwałem z nią pod koniec grudnia, nic o niej nie słyszałem.
- To już pięć miesięcy… Prawie sześć- rzekł szarowłosy- Też jestem ciekaw, co się dzieje z naszą Blondi.
Na to przezwisko Dannet i Nova parsknęli śmiechem.
- Trzeba znaleźć Mishę- Matiia’kann odłożyła na stół ołówek- Potrzebna nam jest.
- Naprawdę?- dobiegł ich wesoły głos spod drzwi.
- Misha!- krzyknął Dannet, wstając.
Dziewczyna uśmiechnęła się i weszła do pomieszczenia. Była nieco blada, lecz po twarzy było widać, iż z czegoś bardzo zadowolona. Podbiegła do chłopaka i mocno go wyściskała. Tak samo potem zrobiła z resztą. Nie poznawali jej. Misha ukazała swoje uczucia, co było dotąd niespotykane.
- Cieszę się, że was widzę- oznajmiła. To jeszcze bardziej im przekonało, że się zmieniła.
- A więc jest nasz szóstka- uśmiechnęła się Nova.
- Siódemka Nova. Nadal nie umiesz liczyć?- oznajmił melodyjny głos, z drugiej strony drzwi.
Zamarli.
Właściciel głosu wszedł do pokoju.
Szybkie bicie serca. Przyśpieszony oddech. Niedowierzanie.
Łza spłynęła po policzku Novy. Poczuła, jak wszystko w niej zamiera.
Vansen wstał, otwierając usta ze zdumienia. Coś w nim ożyło. I ktoś ożył.
Loria uśmiechnęła się szeroko, dodając jeszcze większego uroku do swojej urody.
- Co, nie cieszycie się, że jestem?
Misha opadła na kanapę. Wreszcie tygodnie pracy odniosły spodziewany efekt. Udało jej się zrobić coś, czego nie zrobił nikt inny- ożywić człowieka z krwi i kości. Przywrócić duszę do ciała. Oszukała samą naturę. Lecz mimo to… zmarnowała wiele swoich sił. Za wiele, jak sama uważała. Czuła się teraz słaba, ledwo mogła przebiec kilka metrów. Szklany flux musi się teraz w niej zregenerować. Zapewnie do był jej pierwszy i ostatni raz, kiedy ożywiła człowieka.
Popatrzył się na innych. Widziała jak przez mgłę. Nova podbiegająca do Lorii. Dannet unoszący w ramionach białowłosą i zawzięcie ją do siebie tuląc. Vansen, który spojrzał w oczy dziewczyny i powiedział, że się cieszy, iż jest. Matiia’kann, odkładająca rysunek i także rzucająca się na nowo przybyłą. Ray, biorący Lorię na ręce i szeroko się uśmiechający. Teraz kociooka sama się uśmiechnęła. Miała poczucie spełnionego obowiązku. Gdyby nie ona, ci ludzie nie byliby teraz tak szczęśliwy.
Zaczęły się pytania.
O, nie.
- T-ty nie żyłaś!!- krzyknęła Nova, po raz setny przytulając białowłosą.
- No, oczywiście- uśmiechnęła się- Ale Misha mnie przywróciła do życia.
Wszyscy, jak na komendę, odwrócili głowę w kierunku dziewczyny.
- No…- mruknęła, zamykając oczy- Ożywiłam ją. Wielkie halo, ludzie.
- I co myślisz o tym?- Chandelan wskazał na list.
- No jak to co- Silvar ziewnął- Idziemy na ten ślub. I bierzemy Vansena po ślubie.
Pokiwał głową z uznaniem.
- Główny dowódca dał nam już przepustkę?- znów ziewnął.
- Tak- mruknął Chan- Co ty tak ziewasz?
- Eee… powstrzymał ziewnięcie- Byłem wczoraj z Gają w kinie… A potem zaprosiłem na kolację… A potem…- zarumienił się- Eee… Powiedzmy, że łóżko było wygodne, ale za bardzo się nie wyspałem…
- Robiłeś coś innego, co?- uśmiechnął się przebiegle.
- A co ciebie to obchodzi?- jego twarz była cała czerwona- Zresztą, ty sam sobie znajdź panienkę… Firiel ma Cethis, nawet niedługo biorą ślub. Ja mam Gaję, a Cadey szaleje wszędzie z naszą piękną Kioą. Tylko ty ostałeś, stary kawalerze- szturchnął go łokciem w bok- No i Louiel. A właśnie, może wy…
Dowódca się wyprostował.
- Nie wiem co sobie myślisz, Silvar- powiedział chłodno- Ale Louiel jest tylko moją przyjaciółką..
- Stary, nie żartuj, że jeszcze rozpaczasz po Lyi…- znów ziewnął.
- To moja sprawa- jego głos był teraz mroźny, a nie chłodny- Lya była…
- Wiem jaka była. Znałem ją trochę. I w końcu… Ale musisz sobie kogoś znaleźć! Skończysz jako kawaler!
Uniknął jego natarczywego spojrzenia.
- Sam nie wiem, co już robić, Silvar…
Ayumi wprost promieniała radością. Okazało się, że tego samego dnia, co ona ma ślub, ma także odbyć się ślub królowej Nardenów- Cethis. I Cethis, tak, tak Cethis, zaproponowała jej, aby była wspólna uroczystość ślubna, a potem wielkie wesele. Ayumi po prostu nie mogła się nie zgodzić. W końcu, po jej ślubie z Evionem, Cethis stanie się dla niej już rodziną. W końcu jest kuzynką Eviona. Oraz królową. Na ślub wszystko już było przygotowane. Przyjęcie, suknia ślubna, goście zaproszeni, nawet pogoda na ten dzień miała być słoneczna i bezchmurna. Czyli wszystko tak, jak bose tego zamarzyła. Wszystko.
Louiel podparła głowę dłońmi i patrzyła się pustym wzrokiem na kosmos przez szybę. Chciała wrócić na Nastar. W końcu, to był jej dom. Tam się wychowała, tam przeżywała wszystko swoje ważne chwile. Tutaj, na statku też jest jej dobrze, ale czuje się nieswojo. Brak jej wypadów do kina, siedzenia przed telewizorem z kubłem popcornu, grania na komputerze, gotowania sobie pokarmów, chodzenie po parku… Park. Już tak dawno nie widziała żadnego drzewa, już tak dawno nie poczuła zapachu lasu. Chciała z powrotem na ziemię. A nie na tym statku. Ale coś jej nie pozwalało.
Oparła głowę o parapet. Przypomniała dobie Arlena. Z wiadomości, jakie miała, słyszała iż zginął w wypadku samochodowym. Płakała. Żałowała, że więcej czasu nie spędziła z tym chłopakiem. Bardzo go lubiła, a kiedyś była nawet zauroczona.
Podniosła głowę.
Już wiedziała, czemu nie może odejść ze statku Gaanów.
Chandelan.
Cicho westchnęła i znów zaczęła dumać.
Ray, promieniując szczęściem na kilka kilometrów, wpadł jak burza do domu. Uśmiechnął się jak najpiękniej do sprzątaczek i pośpieszył do pokoju Sheimy. Dzisiaj, jak się dowiedział, że Loria żyje i jest cała i zdrowa, był w tak dobrym humorze, że nawet Heimie wszystko wybaczy. Podszedł pod pokój dziewczyny i zapukał. Poprawił jeszcze zmierzwione włosy.
- Sheima? Wpuścisz mnie?- zapytał, nie kryjąc radości.
Czekał chwilkę, zanim drzwi skrzypnęły.
Wszedł. Dziewczyna leżała na łóżku. Jej łopatki co chwilę podrygiwały-znak że tłumi, lub próbuje stłumić szloch. Podszedł do niej szybko i usiadł na skraju łóżka. Przesunął dłonią po jej plecach.
- Nie płacz już- powiedział spokojnie.
- Z-zostaw m-mnie…- wyszlochała.
- Sheima…
- Z-zostaw!- krzyknęła. Odwróciła ku niemu twarz. Była cała mokra od łez.
- Posłuchaj…
- Nie!- zmrużyła oczy- Idź sobie do kogoś innego! Do twoich przyjaciół, co nie ćpają, nie kradną i nie sprawiają ci kłopotów- uniosła zaciśniętą pięść- I nie biją się! Idź sobie do nich!- walnęła go pięścią w tors- No, idź!
- Sheima!- krzyknął, unieruchamiając jej nadgarstki- Opanuj się!
Znów zaczęła płakać. Wzrokiem uciekła w bok.
- Jestem do niczego- wyszeptała- Do niczego.
- Nie mów tak- powiedział łagodnie. Odgarnął z jej twarzy kosmyk czerwonych włosów.
- Ale to jest prawda…
- Nie- rozluźnił uścisk jej nadgarstków- To nie jest prawda. Nie jesteś do niczego. Nikt nie jest do niczego. Jakbyś tylko przestała robić… To co robisz…- urwał. Uśmiechnął się do niej- Każdy ma drugą szansę.
- Ale ja już ją u ciebie zmarnowałam- wyszeptała.
- Nie. Właśnie ją zyskałaś- powiedział cicho. Poczuł, jak drży. Znów zacznie płakać.
- J-Ja…- kolejna łza spłynęła po jej policzku- Jaka ja jestem głupia…
- I taką ciebie… bardzo… lubię- uśmiechnął się. Puścił jej nadgarstki, a ona zarzuciła mu ręce na szyję i mocno się wtuliła w chłopaka. Objął ją i jedną ręką pogłaskał po głowie. Poczuł na swojej szyi jej łzy, oraz jak delikatnie drży jej ciało.
- Wszystko będzie dobrze, Sheima. Obiecaj mi tylko, że nie narobisz więcej głupstw…
- Obiecuję…- odchyliła lekko głowę i spojrzała mu w oczy- Przepraszam, Ray.
A on tylko się uśmiechnął i pocałował ją w czoło.
Misha leżała w swoim pokoju, odpoczywając. Ciągle nie odzyskała pełni sił. Jeszcze nigdy do siebie nie doprowadziła do takiego stanu. Nawet, jak kiedyś napadła na Eddonów, a kilka godzin wcześniej wybiła połowę swojej rasy. Oddychała ciężko, patrząc się w sufit.
- Mogę?- usłyszała głos.
- Pewnie- dopowiedziała. Dannet wszedł do pokoju, z tacą. Położył ją na szafce.
- Przyniosłem ci wodę i jakieś wzmacniające tabletki. Oraz ciepły obiad. Sama Nova go ugotowała.
- Podziękuj jej ode mnie- wyszeptała, zamykając oczy.
- Misha, ożywiłaś Lorię. Zrobiłaś coś niesamowitego.
- Taa… Jestem waszą bohaterką, którą będziecie czcić po wieki…- westchnęła.
- A żebyś wiedziała- zmierzwił jej bajeczne włosy.
- Misha, mogę wejść?- spytała Matiia’kann, delikatnie otwierając drzwi.
- Nie, wysyłam ciebie na kosmos- zadrwiła. Otworzyła oczy i z wdzięcznością spojrzała na Dannet- Dzięki za jedzenie. I za ogólną troskę. Jesteś kochany!- uśmiechnęła się i położyła dłoń na jego dłoni- A teraz, mogę pogadać z Matii?
- Pewnie, kotku- wyszczerzył zęby. Bynajmniej, to nie był żaden flirt. On po prostu podjął jej grę.
- Pa, pa kochanie!- rzuciła w jego kierunku, kiedy wychodził.
- Wy jesteście razem?- zdziwiła się zielonowłosa- Przecież on z Novą…
- Jasne, że nie jesteśmy- prychnęła- Po prostu takie droczenie się- wzięła tacę z jedzeniem na kolana.
- Chcę z tobą pogadać…- zaczęła. Misha wzięła widelec i nadziała ziemniaka.
- O czym?- włożyła jedzenie do ust.
- O fluxie. I jego unicestwieniu.
Przeżuła.
- Hmn… No cóż. Za cztery dni, kiedy odzyskam siły, mam zamiar to zrobić. Wchodzisz w to? Twoja moc będzie bardzo przydatna. Jesteś w to wtajemniczona… I znasz Shey. A więc, flux Shey, mój szklany i mantra-czyli flux planety Nastar- powinny zniszczyć te dwie kule. Ale to się równa z całą zagładą…- zamyśliła się- Czyli…
- Czyli, co?- powtórzyła, zniecierpliwiona.
- Czyli, jak unicestwimy te dwie, durne kule Fluxu, usuniemy z tej części galaktyki flux. Kto wie, może nawet z całej…- uśmiechnęła się, widząc jak dziewczyna otwiera szeroko oczy- I prawdopodobnie obydwie zginiemy. W każdym razie, ja na pewno. Będę musiała użyć, całego mojego Fluxu. O wiele więcej, niż przy ożywianiu Lorii.
- Przecież tym sposobem zmienisz w pył całą tą planetę- zdziwiła się.
Machnęła ręką, jakby chciała ten „szczegół” zbyć.
- No coś ty!- odstawiła szklankę z powrotem na tacę- Nie. Ale możemy zniszczyć okolicę.
- Więc najlepiej znaleźć jakąś odludną.
- Trafiłaś w sedno- uśmiechnęła się i nadziała widelcem mięso.
- Za cztery dni.
- Za cztery dni- potwierdziła, przeżuwając jedzenie- Wtedy będzie nasz koniec, Matiia’kann...
Już sama nie wiedziała, co o tej całej sytuacji myśleć. Była szczęśliwa, że znów żyje. Szczęśliwa, że znów widzi swoich przyjaciół… A szczególnie Vansena. Na jego widok znów z niej coś podskoczyło. Chciała mu się rzucić na szyję, pocałować. Ale wiedziała, że go tylko to zniechęci, że będzie jej unikać. Teraz o nim właśnie myślała, idąc przez park. Znów mogła poczuć zapach drzew, majowy wiatr i poczuć na twarzy delikatne promienie słońca. Białe kosmyki jej włosów uniosły się, gdy nagle potężny wiatr zaszumiał między drzewami. Usiadła na ławce i przyglądała się samochodom, które podjeżdżały tu i ówdzie. Jej uwagę przykuła czarna limuzyna, z królewską flagą. Co do cholery robi tutaj król!?
Wysiadł z auta potężny mężczyzna, o siwych włosach. Otoczyli go ochroniarze. Podeszli powoli do białowłosej, która stała tak, jakby nogi wrosły jej w ziemię. Przełknęła ślinę. Sam król szedł naprzeciwko niej, a ona nawet nie mogła głosu wydusić!
- Loria- odezwał się basowym głosem.
- K-Królu…- wyjąkała, kłaniając się- Miło ciebie widzieć.
Uniósł brwi.
- Królu? To ty nie wiech, do cholery, kim ja dla ciebie jestem?
Potrząsnęła głową. Kilka białych kosmyków wydostało się z upiętych włosów.
- Loria- powiedział- Jestem twoim ojcem.
- Taa… A ja jestem Yedi- mruknęła, zanim ugryzła się w język. Szybko zasłoniła dłonią usta.
- To prawda- usiadł na ławce koło niej- Twoja matka była służącą w moim zamku. Cóż… Mieliśmy krótki, aczkolwiek namiętny romans. Byliśmy młodzi, nieświadomi… No, w każdym razie ona była młoda, ja już przekroczyłem trzydziestkę..- zamilkł- Owocem naszego romansu byłaś ty- spojrzał na nią- Twoja matka przeraziła się, iż wyjdzie to na jaw, ponieważ miałem wtedy wziąć ślub z inną kobietą… Tak więc, uciekła i znalazła schronienie u swojej mamy, w tych okolicach. O ile wiadomo mi, umarła podczas porodu…
- Nie- przerwała mu automatycznie Loria- Nie zmarła podczas porodu. Zmarła kilka lat później.
- Acha- mruknął- Tak więc… Odnalazłem ciebie, dzięki Mishi.
- Mishi?- powtórzyła głucho.
- Tak. Misha mieszkała po naszej części planety Nastar. W górach, tam, gdzie kiedyś mieszkała jej rasa… Ale niestety, wymordowała ją- spuścił głowę- Ona sama nam już sprawiała nie małe kłopoty.
Zacisnęła pięści.
- A więc… Moja matka była dla ciebie zabawką?- warknęła, nie panując nad sobą.
- Nie…
- A więc, powstałam przez przypadek? Byłam niespodzianką??
- Loria…
- I mnie porzuciłeś!?!?- krzyknęła, tracąc nerwy.
- Słuchaj, to nie tak…
- WAL SIĘ!!- ryknęła, sama nie wiedząc co mówi. Nie ważne, że był to król jej ojczyzny. Ważne było to, że ten mężczyzna porzucił jej matkę, a przedtem zostawił jej małe dziecko. To teraz się liczyło. Wściekła, wstała i obrzuciła króla pogardliwym spojrzeniem.
- Żegnaj tato- wycedziła i poszła przed siebie.
Ktoś go złapał z tyłu za ręce, jeszcze ktoś zasłonił mu dłonią usta.
- Bądź cicho- usłyszał Vansen przy uchu.
Kiwnął głową. Zaciągnęli go w jakąś pustą uliczkę i puścili. Popatrzył się po napastnikach. Było ich trzech. Jeden z brązowymi włosami i zielonymi oczami, drugi z zielonymi włosami i bursztynowymi oczami, a trzeci z jasnymi włosami i bordowymi oczami. Ten ostatni oparł się o ścianę i słuchał muzyki.
- Słuchaj mnie- odezwał się ten z zielonymi włosami- Jestem Chandelan. Ten to co Silvar, a tamten- wskazał za siebie- To Cadey. Pochodzimy z tajnej organizacji Gaan. Czyli inaczej, jesteśmy Gaanami, rozumiesz?- kiwnął głową- Twoja siostra, Cethis, żyje.
Otworzył usta ze zdumienia.
- Niemożliwe. Na własnych oczach widziałem, jak ją zabili.
- Nie zabili jej, tylko podali środek odurzający- powiedział szybko- Tak więc, żyje. I niedługo będzie jej ślub, z takim Firielem- znów kiwnął głową. Pamiętał tamtego chłopaka. Miał namiętnie niebieskie oczy i chodził z jego siostrą- Za cztery dni. I twoja siostra poprosiła także nas, abyśmy ciebie wzięli do siebie.
- Że co?- uniósł brwi.
- Silvar- wyciągnął rękę szatyn- Także jestem Nardenem i pracuję dla Gaanów. Proponujemy ci, abyś do nas dołączył. Trochę się znasz na taktyce, jak byłeś młody, uczyłeś się u najlepszych mistrzów u Nardenów. Tak więc, przydasz nam się, jeżeli coś zapamiętałeś.
- Zapamiętałem.
- To co?- spytał ten, co słuchał muzyki- Dołączasz do nas? Wyrwiesz się stąd?
Przez chwilę milczał.
- Tak- uniósł głowę- Tak- powtórzył.
Tylu odważyło się napisać: (11) | Dodaj swój własny komentarz!
Mam wieści o drugiej części Galactik Football!! :D
O, ile wiadomo, w drugiej serii dołączą nowi bohaterowie do naszych kochanych Snow Kidsów. Między innimy będzie to Yuki(zielone oczy, pomarańczowo-rude włosy, krótkie;kolczyki w uchu), kuzynka Thrana, która zastąpi chorego Ahito(?), oraz Mark(ciemna skóra, turkusowe oczy, brązowe włosy. Na zdjęciu wygląda jak jakiś hipis!) na miejscu Rocketa(!?), ponieważ kapitan użyje oddechu poza boiskiem i Liga go wykluczy z dalszych rozgrywek. Mimo to, dalej ma zamiar kontynuować pasję piłki nożnej. W tajemniczym miejscu o nazwie 'Cage'...
To jest wiadomość z www.galactikfootball.go.pl
Z własnym wiadomości(po 4 godzinach szukania w internecie) znalazłam informacje o tym nowym Marku. Okaże się, iż (pisało to na 6 stronach!) będzie totalnie zauroczony Tią. Tak więc, nie tylko zabierze Rocketowi miejsce, to jeszcze będzie usiłował dziewczynę... Cudownie się zapowiadana, nieprawdaż?? Za to o Yuki nic nie wiem. Tylko tyle, że będzie w złych stosunkach z Mei, oraz nieźle da popalić Archowi. Denerwuje mnie to, że to już będzie 3 dziewczyna w zespole Snow Kidsów... Ciekawe, kto zostanie nowym kapitanem, nieprawdaż? (Tylko nie D'Jok!!!!)
Dzisiejszy rozdział szybko dodaję :D Następny gdzieś w piątek, może w sobotę.
Rozdział 46
"Kłamanie jest sztuczką. Nie wiedziałeś?"
- Uda się- wyszeptała cicho. Ale jednak tamta to usłyszała.
- I całe szczęście- odparła Shey. Uśmiechnęła się- Ile jeszcze czasu?
Misha wyprostowała się z jękiem.
- Ech.. Kilka godzin. I będzie po sprawie.
Louiel kątem oka zauważyła, jak do pomieszczenia wchodzi Kioa, a obok niej Cadey, którzy objął ją ramieniem w talii. Uśmiechnęła się do nich. Odwzajemnili uśmiech. Cieszyła się, iż wszystko u nich już w porządku. Tak jak i u Gai oraz Silvara. Właśnie siedzieli i zawzięcie dyskutowali z Chandelanem na bliżej nie określony temat.
- Witaj, Lou- poklepał ją po plecach Dekken, naukowiec- Spójrz, kogo dzisiaj przyprowadziłem- odsunął się nieco. Jej oczom ukazała się malutka dziewczynka, o niebieskich włosach i zielonych oczach. Uśmiechała się zawstydzona. Szybko schowała się z powrotem za tatę.
- Hej mała- kucnęła przy niej- Jak leci?
- Dobrze- wydusiła z siebie. Dekken wziął ją na ręce.
- Ma już trzy lata- uśmiechnął się z dumą- Moja córeczka- pogłaskał ją po włosach- Jest jednym z pierwszych dzieci, które narodziły się na statku Gaanów. Dlatego jest otoczona szczególną opieką- postawił niebieskowłosą z powrotem na ziemię. Mała od razu poszła do Kioi, na jej ręce.
- A co z twoją dziewczyną?- patrzyła się, jak fioletowowłosa szczebiocze do małej.
- Ech…- rozmasował sobie kark- Coś ostatnio ciągle nie w humorze.
Uniosła brwi.
- Chyba Tais będzie miała rodzeństwo- powiedział na jednym tchu.
- Gratulacje!- krzyknęła i walnęła go mocno w plecy. Inni też to usłyszeli i zaczęli mu gratulować. Po chwili zbiegło się już połowę statku, wrzeszcząc i poklepując przyszłego tatę dwójki dzieci. Blondynka kątem oka zauważyła, jak Chandelan wychodzi. Pośpieszyła za nim. Zatrzymała go na korytarzu.
- Chandelan!- ucieszyła się na jego widok.
- Louiel- wydusił uśmiech- Co słychać?
- Dobrze- odparła- Co z twoją ręką?
- Już dobrze- poruszył nią- Sprawna i powabna.
Zaśmiali się.
- To dobrze, że wszystko już w porządku- zrobiła się całą czerwona- Bo martwiłam się o ciebie.
- Nie trzeba było- popatrzył się na nią tymi swoimi bursztynowi oczami.
- Słyszałam, że biorą ciebie pod uwagę w wyborze naczelnego dowódcę wojsk- spuściła głowę.
- To racja- kiwnął głową- Ale mi bynajmniej nie zależy na tym stanowisku.
- A na czym ci zależy?- przysunęła się ku niemu bliżej. Stała teraz bardzo blisko niego, twarzą w twarz, jak nigdy dotąd. Poczuła, jak coraz większy szkarłat oblewa jej policzki. Spuściła głowę. Czekała na to, co będzie.
- Lub na kim?- dodała.
Teraz to on spuścił wzrok. Wreszcie, nie mogąc się powstrzymać, Louiel wspięła się na palce i musnęła wargami jego usta. Ku jej zdziwieniu, on musnął jej. Uznając to za znak, pocałowała go. Objął ją, jedna jego ręka oplatała jej ramię, druga talię.
Oddał pocałunek.
Szczęśliwa jak nigdy dotąd, całowała się z nim zachłannie i namiętnie.. Kiedy w końcu odsunął się od niej, uznała, iż wszystko za szybko się skończyło. Chciała jeszcze czuć ciepło jego ust, dotyk jego ciała.
- Na różnych rzeczach mi zależy- odpowiedział chłodno.
Odwrócił się i poszedł korytarzem do swojego pokoju.
Cethis skończyła wreszcie pisać list do Chandelana. Teraz zakleiła kopertę i dała posłańcowi, który miał ją dostarczyć. Uśmiechnęła się do wszystkich wokół. Wróciła do Nardenów, do swojego ludu. Teraz była jako królowa. Ogłoszono ją zaraz po jej przybyciu. Okazało się, iż jest następną w kolejne do tronu. Od razu namierzyła swoją rodzinę. Jej ojciec i matka nie żyli- zmarli wtedy, gdy ją pojmano. O bracie już wiedziała wszystko. Był w Trust Kids, mieszkał niedaleko ich kryjówki. Gaja, jej kuzynka, mieszka na statku Gaanów. Rozmawiała już z kuzynem Evionem, z kuzynką Kiyallą. Jakoś śmierć jej wujka, a ojca Kiyalli i Eviona, nie wzruszyła ją za bardzo. Liczyło się teraz to, co jest.
- Firiel- uśmiechnęła się, widząc, jak mężczyzna do niej podchodzi. Mimo, iż nie było jej aż 12 lat, przebywała zamknięta u U-Uanów, nadal pamiętała uczucie, jakim darzyła tego chłopaka przed jej porwanie. Byli wtedy nawet razem. Teraz to uczucie się odrodziło na nowo. Byli razem, ku zadowoleniu nawet Nardenów. Firiel już zdążył się jej oświadczyć. Przyjęła pierścionek. Ślub ma się odbyć wkrótce. Nardeni już szykują się na tą wielką balangę.
- Cieszę się, że ciebie widzę- odrzekł na jej powitanie. Pocałował ją w czoło i usiadł koło niej.
Spojrzała na niego, oczami pełnymi czułości.
Wreszcie wszystko się ułoży.
- Nova?- spytał przed siebie. Dopiero co wrócił ze sklepu. Zostawił zakupy w kuchni i ruszył ku pokojowi dziewczyny. Zastał ją przed lustrem, przymierzającą jakąś nową bluzkę. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Witaj kochanie- pocałowała go w policzek i z powrotem spojrzał w lustro.
- Ładna bluzka- Dannet oparł się o framugę drzwi. Dziewczyna ubrana była w jasne jeansy oraz ładną, białą bluzkę z czarnym haftem. Znów obkręciła się i krytycznie spojrzała w lustro. W końcu westchnęła i zaczęła ściągać bluzkę. Podszedł do niej i unieruchomił jej ręce.
- Chcę ściągnąć bluzkę- popatrzyła mu się w oczy.
- Mogę ci pomóc?- wyszeptał przy jej uchu. Zauważyła w jego oczach wesołe iskierki. Wiedziała, co się święci.
- Pewnie. A umiesz?- uśmiechnęła się.
- Czego to ja nie umiem- mruknął i pocałował namiętnie swoją ukochaną. Dziewczyna oddała mu pocałunek, nawet z nawiązką. Całowali się jak szaleni. Chłopak włożył rękę pod jej bluzkę, przyciągając jeszcze bardziej do siebie brązowooką. Po chwili bluzki już nie miała. Jak i on koszuli. Ich pocałunki zamieniły się w prawdziwe oddanie.
Padli na łóżko, spleceni namiętnym pocałunkiem.
Otarła pot z czoła.
- Możesz zamknąć to dziecko? Jego wrzaski mi przeszkadzają w pracy- warknęła.
- Ale jak?- Shey przekrzywiła dziecinnie głowę.
- Po prostu przestań nim trząść!!- ryknęła Misha, całkowicie wyprowadzona z równowagi.
- Dobrze- skuliła się. Jej uszy położyły się wzdłuż głowy, ogon podkuliła- Przepraszam.
- Nie mnie przepraszaj, tylko dziecko jak będzie miało wstrząs mózgu- westchnęła. Spojrzała na swoją pracę. Trzy małe kulki w fluxem- granatowa, biała i żółta- leżały przed nią. Wyczarowała na swojej dłoni małą kulkę szklanego Fluxu. Teraz miała już cztery. Mogła przystąpić do prawdziwej pracy. Do prawdziwego celu.
- Już idę!- krzyknął w kierunku drzwi. Podbiegł i otworzył je. W drzwiach stali dwaj policjanci.
- Pan Ray?- jeden z nich uniósł brwi.
- Tak, to ja. Proszę wejść- przepuścił ich do środka- A o co chodzi?
- Czy zna pan Sheimę? Ponoć nawet mieszka z panem.
Zaskoczyło go to zupełnie.
- Ale.. Znam ją. Ale nie mieszka ze mną od dłuższego czasu!- skłamał gładko.
Popatrzyli się na niego podejrzliwie.
- Na pewno?
- Na pewno- potwierdził. Odkąd zamieszkała u niego ta dziewczyna, nauczył się nieźle kłamać.
- A gdzie mieszka?- drążył dalej.
- Nie wiem- poruszył ramionami- A o co chodzi?
Policjanci popatrzyli się między sobą.
- Kilka dni temu był napad na sklep ze sprzętem muzycznym. Płyty, wieże stereo, gitary, bębny i inne takie rzeczy… Mamy nagranie z kamery. Złodziei było siedmiu. Sześciu już złapaliśmy, siódmą osobą jest Sheima. Jej imię podali mi ci złodzieje.
- Ile dni temu?- uniósł brwi.
- Cztery. Zdarzyło się to około pierwszej w nocy.
- Niemożliwe, żeby ona tam była- odparł- Bo była ze mną- znów skłamał.
- A co robiliście?- policjant łypnął podejrzliwie.
- Eee…- zarumienił się, mimo to co miał powiedzieć, było nieprawdą- Spała u mnie…
Dwaj mężczyźni uśmiechnęli się porozumiewawczo.
- Dobrze… Dziewczyna ma alibi, jak widzę- spojrzał z uśmiechem na szatyna.
- No, raczej ma- odparł znów.
- W takim razie, zobaczymy jeszcze z tą ostatnią osobą- kiwnął głową- Do widzenia.
- Do widzenia- powiedział chłodno i zamknął za nimi drzwi.
Znów gadała jak najęta. Arika zawsze miała to w swoich cechach. Rozbroić nadmiernym gadaniem, tak aby wszyscy się uśmiechali. Sevor właśnie teraz to zrobił. Mimo, iż już kompletnie nie mógł ruszać nogami, mógł jeszcze widzieć i słyszeć. Lecz powoli czuł, jak choroba dociera do torsu i rąk. Niedługo to też będzie miał sparaliżowane. Na amen.
- Arika…- poczuł, że robi mu się słabo.
- Słucham?- odwróciła ku niemu roześmianą twarz. Jej nietypowe włosy- blond w czerwonymi końcówkami- były dzisiaj związane w wysoki kucyk. Potrząsnęła głową, próbując się pozbyć niesfornych kosmyków z twarzy.
- Podasz mi wodę? Trochę się źle czuję.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Już- skinęła głową i pośpieszyła do kuchni. Po chwili pojawiła się z szklanką wody i tabletkami. Usiadła na skraju łóżka i przytaknęła szklankę do jego ust. Wypił łapczywie. Kobieta podała mu cztery tabletki, mówiąc, żeby to połknął. Przełknął i z powrotem opadł na poduszki.
- Coraz gorzej- stwierdził.
- Chyba z twoją głową- uśmiechnęła się słabo. Mimo tego, martwiła się o niego.
- Masz rację- zmusił się na lekki uśmiech. Zamknął oczy.
- Zamknij oczy, Sevor- powiedziała cicho- Na wszystko nadejdzie czas. Na razie śnij…
Znalazł go stojącego na środku pokoju, ze wzrokiem utkwionym w list. Podszedł do niego i mu go wyrwał.
- Co to jest, Chan?- zagadnął Cadey, czytając przy okazji list.
- Od Cethis. Prosi nas o zabranie do siebie Vansena- jej młodszego brata- odpowiedział.
- To ten z Trust Kids, co nie?- uniósł brwi- Ten z szarymi włosami.
- Znasz się na tej drużynie- uśmiechnął się, zabierając mu z powrotem list.
- Pewnie- poruszył ramionami- W końcu Shargani z nimi grali. Byłem wtedy na trybunach. Pamiętam ich wszystkich. A szczególnie taką białowłosą, co pojedynkowała się z Argosem. Była świetna- zadumał się- No i oczywiście bardzo ładna.
- Ona nie żyje- spojrzał mu w oczy- Zmarła kilka tygodni temu.
Zagwizdał.
- Niezła z niej była laska- wyrwał mu znów list- Co jeszcze pisze?
Westchnął.
- Tam, pozdrawia nas, dziękuję żeśmy ją uwolnili, prosi żebyśmy się stawili na jej ślubie…
- Ślubie?- powtórzył, orzeźwiony.
- Tak. Wychodzi za Firiela- uśmiechnął się lekko. Dotknął dłonią swojego policzka.
- Musisz się ogolić- stwierdził jasnowłosy, szczerząc zęby.
- Jakby to teraz była najważniejsze- mruknął.
- A więc co masz zamiar zrobić?- spytał, po dłuższej chwili milczenia.
- Co? Zabrać tego Vansena na statek i znaleźć garnitur na ślub- uśmiechnął się.
Zapukał w drzwi.
- Sheima, otworzysz mi proszę? Chciałbym z tobą porozmawiać.
Chwilę czekał, zanim mu otworzyła. Była strasznie blada i miała zaczerwienione oczy. Ubranie pogniecione. Spuściła głowę i wpuściła go do środka. Zamknęła za nim drzwi i oparła się o ścianę.
- Słucham?- spytała cicho.
- Byli tutaj policjanci- usiłował nie patrzeć się w jej oczy.
Milczała.
- Oskarżyli ciebie o obrabowanie sklepu muzycznego. Czy to prawda?
Do jej brązowych oczu napłynęły łzy.
- C-Czy… oni są tutaj na dole?- wyjąkała.
- Nie- odpowiedział zimno- Powiedziałem im, że wtedy byłaś ze mną. Nieźle musiałam za ciebie nakłamać. I to już nie pierwszy raz, Sheima- podszedł do niej. Dziewczyna zagryzła wargę i wbiła wzrok w podłogę.
- Spójrz na mnie- rozkazał chłodnym głosem.
Uczyniła to. Jej piękne oczy, wilgotne od łez, były pełne bólu i przerażenia.
Strach.
- Zawiodłem się na tobie, Sheima- zacisnął pięści- Straciłaś już moje zaufanie.
To był jak sztylet wbity w serce.
Łza spłynęła po jej policzku.
- Ray…
Odwrócił głowę.
- Już ci nie ufam. Zawiodłem się na tobie.
Misha patrzyła się na wszystko szeroko otwartymi oczami.
- Udało się- powiedziała z ulgą, padając z wycieńczenia na kolana- Udało.
Shey nic nie powiedziała. Tylko się uśmiechnęła.
- Wreszcie…- wyszeptała ognistowłosa, patrząc się na kompletnie białą kulkę, którą trzymała w dłoni.
- Przelej w to swój szklany flux- wyszeptała Shey- Ale tylko przy ciele.
Dziewczyna kiwnęła głową. Zacisnęła dłoń na kulce i podeszła do ciała, które leżało na stole. Skupiła się i uwolniła cały swój szklany flux. Aż sama się przeraziła mocą, jaką uwolniła. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie czuła. Świat wokół niej w jednej chwili znieruchomiał. Wszystko stało się ze szkła, tak jak wtedy, w Sali szpitalnej, kiedy leczyła Danneta. Wyciągnęła przed siebie przezroczystą rękę, nadal ściskając kulkę.
Tchnęła w nią całą swoją moc.
Oślepiający blask rozniósł się po całym pomieszczeniu, rozbijając wszystkie kruche rzeczy.
Misha stała przy ciele, krople potu spływały po jej czole.
Upadła na ziemię, ciężko oddychając.
- Co się stało?- rozniósł się delikatny głos po całym pomieszczeniu.
Kociooka z zadowoleniem spojrzała w bursztynowe oczy, zanim zemdlała.
Tylu odważyło się napisać: (10) | Dodaj swój własny komentarz!
Dobra.
Przekonaliście mnie. Nie skasuję blooga. Macie racje- są wakacje. Nie każdemu chce się komentować, czy też nie każdy ma internet :)
Dzisiejszy rozdział... Hmn... Nawet udany :D Mam takie wrażenie. Ale oceńcie wy sami :D
Rozdział 45
"Najtrudniejsze w życiu nie jest podejmowanie decyzji, ani myślenie nad
przyszłością, lecz wymówienie prostych słów <<Kocham Cię>>"
Shadow Cat
Sevor patrzył się tępym, pustym wzrokiem w sufit. Nie czuł już nic. Choroba coraz bardziej rozchodziła się po jego ciele, nie mógł już poruszać nogami. A jak już, to go bardzo męczyło. Znów kaszlnął krwią. Wytarł chusteczką usta i z ciężkim westchnieniem opadł z powrotem na łóżko. Już nie chciał żyć.
Śmierć jedynego syna całkowicie go dobiła.
Teraz został sam. Chory, osamotniony, w wielkiej depresji. Ellen się nie odzywała do niego w ogóle, odkąd powiedział jej, iż jest chory. Teraz czekał tylko na śmierć.
- Hej, jest tu kto?- rozległ się wesoły, kobiecy głos po całym mieszkaniu.
Zmarszczył brwi. Nie wiedział, kto to mógł być.
- Sevor? Jesteś tutaj, ty skończony kretynie?
Uśmiechnął się. Rozpoznał już tą osobę.
- Arika!- odpowiedział- W sypialni!
Do pokoju jak burza wpadła kobieta. Miała długie, blond włosy, związane w dwa wysokie kucyki. Końcówki włosów były czerwone. Jej zielone oczy pałały radością. Była nie za wysoka, o figurze szczupłej nastolatki. Ubrana była w biały top i jeansy. Uśmiechała się od ucha do ucha.
- Sevor!- krzyknęła, podbiegając do niego i mimo protestów przytulając.
- Arika!- pogłaskał ją po włosach- Nic się nie zmieniłaś.
- Ale owszem, zmieniłam- odparła, krzyżując ręce- Mój drogi, przecież ja już przekroczyłam trzydziestkę. Zresztą, tak samo ty- wyszczerzyła białe zęby.
Uśmiechnął się znów. Ona zawsze mu poprawiała humor.
Arika była drugą dziewczyną w starym składzie drużyny piłkarskiej Nastar. Kolegowała się wraz z nim i Ellen. Stanowili nieodłączne trio. Zawsze pełna humoru, często dawała w kość trenerowi swoimi bezczelnymi gadkami na temat jego wyglądu i charakteru. O ile Sevor pamiętał, podkochiwał się w dziewczynie. A po jednej z imprez, gdzie miejsce miało dużo alkoholu, doszło między nimi do czegoś znacznie większego. Jakieś dwa tygodnie później na jaw wyszło oszukiwanie ich trenera i drużyna się rozpadła. Od tamtej chwili już więcej Ariki nie zobaczył.
Aż do dziś.
- Jak mnie znalazłaś, wariatko?- podniósł się na łokciach.
- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych- uśmiechnęła się, przysunęła krzesło i usiadła na nim, oparciem do przodu.
- No więc… Jak ci idzie życie?
- Spokojnie- odparła.
- Masz męża? Dzieci? Wnuki?
- Czy ja wyglądam na babcię?- klepnęła go w bark, uśmiechając się- Oczywiście, że mam dzieci. Znaczy, jedno dziecko. Chłopak, a raczej już prawie mężczyzna. Mówię ci, przystojniak z niego wyrósł niezły.
- Acha- mruknął- A kto jest ojcem?
Jej oczy zabłyszczały groźnie.
- Chłopak ma białe włosy- odpowiedziała, patrząc się mu w oczy.
Prawda uderzyła mu do głowy, jak stado galopujących koni.
- J-Ja?- wyjąkał, opadając na łóżko. Zakręciło mu się w głowie.
- Tak, ty!- krzyknęła wesoło- Ale spokojnie, nie musisz płacić alimentów. Wygrałam w konkursie 25 milionów neonów. Mówię ci, to mi wystarczy do końca życia- przekrzywiła głowę- Słyszałam, że jesteś chory. Śmiertelnie. I że twój syn zmarł…- zobaczyła w jego oczach łzy- Przepraszam. A więc, wpadłam na pomysł, że ciebie odwiedzę i zaopiekuję się tobą. Dopóki…- jej głos załamał się.
- Arika… Przepraszam- wyszeptał- Ale ja nie chcę ciebie obarczać troską o mnie. Zostało już mi nie wiele czasu- pokręcił głową- Może nawet tylko dni.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Wiesz, że nauczyłam się gotować?- jej oczy błysnęły.
Nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
Otworzył z rozmachem drzwi.
Nikt go nie będzie budził o siódmej rano!
- Czego?!- ryknął Ray.
W drzwiach stało dwóch chłopaków. Młodzi, ubrani jak hiphopowcy, z tatuażami i koczykami. Nie sprawiali wrażenie miłych ludzi. Bez słowa przepchnęli go z drzwi i wkroczyli do mieszkania.
- Gdzie ona jest?- mruknął jeden z chłopaków.
- Kto?- zmarszczył czoło.
- Sheima.
- Nie mieszka tutaj- skrzyżował ręce- Wynosić się, albo wezwę policję.
- Spokojnie kolega- powiedział tamten- Wiemy, że znasz Sheimę. Widzieliśmy was w telewizji, na premierze.
- Czego od niej chcecie?
Włożył ręce do kieszeni.
- Cóż… Sheima wzięła od nas kilkanaście gramów narkotyków, powiedziała że zapłaci później. A te później już nie nadeszło. I nie mamy ani marychy, ani pieniędzy. Przyszliśmy się o coś z tych rzeczy upomnieć.
Ray zbladł.
- Ile jest wam winna?
- Trzysta tysięcy neonów- odparł. Dużo, pomyślał.
- W takim razie, zapłacę za nią. Nie wiem, dokąd się przeprowadziła- poruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni portfel. Odliczył kwotę i wręczył plik banknotów chłopakowi- Proszę. I następnym razem, raczej jej już nie dawajcie prochów- warknął.
Przeliczył pieniądze.
- Dobrze- kiwnął głową- Przepraszamy za tak wczesne odwiedziny.
- Chyba najazd- burknął. Gotował się ze złości.
- Jeszcze raz przepraszamy- odparł drugi- Spadamy.
Wyszli.
Oparł się o ścianę. Westchnął i zaczął iść po schodach. Do pokoju Sheimy.
Już wiedział, czemu miała rozszerzone źrenice.
- Mogę wejść?- spytał Silvar, otwierając lekko drzwi.
- Owszem- odparła chłodna Gaja. Nadal była na niego wściekła.
Usiadł na łóżku, kładąc kule na bok. Dziewczyna stanęła naprzeciwko niego.
- Co chcesz?- warknęła.
- Chciałbym ciebie przeprosić- spojrzał w jej zielone oczy- Byłem dla ciebie niemiły.
- I nie tylko to- mruknęła.
- A co jeszcze?- uniósł brwi.
- Cóż… Przed tym, jak wyruszyłam odnaleźć Cethis, pocałowałeś mnie i powiedziałeś, iż jak już z powrotem się spotkamy, to będziemy razem. A teraz? Spotkaliśmy się u Gaanów, a ty mnie traktujesz jak przyjaciółkę.
Zatkało go.
- Ja… Przepraszam…
Odwróciła się do niego plecami.
- Daruj sobie taką gadkę- dosłyszał.
Spuścił głowę. Milczał. Zupełnie nie wiedział, co zrobić. W końcu znalazł wyjście. Wstał, bez kul, nie wydając żadnego jęku, mimo iż całym jego ciałem targał ból. Nie odwróciła się nadal. Stał, drżąc z bólu. Wyciągnął ręce i objął dziewczynę z tyła, za talię. Przyciągnął do siebie i wtulił twarz w jej piękne, rude włosy.
- Przepraszam- wyszeptał. Po jego policzkach popłynęły łzy z bólu, wywołanego w nodze.
Odwróciła się i przytuliła do niego. Płakała również.
- Kocham cię- wyszeptała nagle.
- Ja ciebie też…- podniósł jej brodę i spojrzał w jej oczy.
Ich usta złączyły się w pocałunku.
- Ayu!
Odwróciła się gwałtownie.
- Evion- uśmiechnęła się i powróciła do wykresów. Podszedł do niej i objął z tyłu za talię.
- Stęskniłem się za tobą.
Zaśmiała się.
- Nie widziałeś mnie ledwo dwie godziny- odwróciła się i pocałowała go w nos.
Spojrzał zza jej ramienia na wykresy i zmarszczył brwi.
- Co to za badania?- wyswobodził się z jej ramion i wziął kartki w ręce.
- Moja… Nasza nowa praca!- powiedziała z radością- Spójrz!- wskazała na kulę białego Fluxu w pojemniku.
- O mój boże…- otworzył oczy ze zdumienia- Czy to jest…
- Tak! Szklany flux! Prawdopodobnie jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy mają w posiadaniu ten unikalny skarb!- krzyknęła- Rozumiesz? Dzięki badaniom nam tym fluxem, będziemy mieli mnóstwo pieniędzy, oraz gwarantowane inne rzeczy!
Osłupiał.
- Żartujesz…- wyszeptał.
- Nie!- pocałowała go w usta.
- No to jeszcze do szczęście nam braknie ślubu…- powiedział. Obdarzył ją pocałunkiem.
Vansen stał nad grobem przyjaciół. Ostatnio często tutaj przychodził. Jakoś łatwiej mu się myślało. Uklęknął przy grobie Tobiana. Przypomniał sobie, jak często śpiewał w łazience, pod prysznicem. A potem udawał, że szczoteczka do zębów go atakuje. Uśmiechnął się sam do siebie spojrzał na nagrobek informujący, że tu spoczywa Clease. Ta dziewczyna była zawsze cicha, chociaż mogła dowalić niezłym tekstem lub komentarzem. Do dziś pamiętał, jak wygrała w konkursie zupek chińskich mieszkanie. A potem, skacząc z radości, rozwaliła jego łóżko. Znów się uśmiechnął. Ciekaw był, co teraz się stało z psem Clease i z jej mieszkaniem.
Wstał, otrzepał z ziemi spodnie i ruszył dalej.
Szedł przez kilka uliczek, aż stanął przy grobie Naxera. Przypomniał sobie pierwszy dzień w drużynie Trust Kids. Naxer zachowywał się bardzo arogancko i wręcz szczeniacko. Dotknął blizny na twarzy, przecinającej policzek. Białowłosy często się z niego śmiał, że zarobił tą bliznę od bliskiego spotkania z deską klozetową. Raz nawet się o to nieźle pokłócili.
Skierował swój wzrok na grób Anniki. Nie znał dziewczyny, ale musiał przyznać, że była bardzo ładna. Podobały mu się jej różowe włosy. Rzadko spotykał dziewczyny o tak nietypowej urodzie.
Obok niej był pochowany Arlen. Na jego grobie- tak jak na wszystkich, których Vansen zwiedził- były stosy kwiatów i zdjęć. Przedstawiały głównie jego, w jakimś filmie, czy też na premierze filmu. Pamiętał jeszcze, jak Arlen jeździł na wózku. Wydawało mu się, że od tego czasu upłynęły wieki.
Następny był Lanner. Nie znał dobrze chłopaka. I całe szczęście.
W końcu spojrzał na ostatni, marmurowy grób. Grób Lorii. Uklęknął przy nim, poprawiając kwiaty. Jak w filmie, przewinęły mu się wszystkie sceny, jakie miał z Lorią. Jej ucieczka na drzewo. Umówienie się na lody. Wyznanie, iż jest chora na raka płuc. Moment, w którym znalazł ją w lesie, zmarzniętą i przestraszoną. Moment, w którym namiętnie się całowali, podczas ucieczki przed Eddonami. To mu się bardzo wryło w pamięć. Przypomniał sobie dotyk jej ust, jej ciepłe ciało.
Jak teraz bardzo żałował, że nie okazał jej więcej czułości.
Ale jeszcze bardziej pamiętał inną rzecz. Ta, która najbardziej świadczyła o Lorii.
Jej uśmiech…
Ray siedział na środku pokoju Sheimy, trzymając w dłoniach saszetki z białym proszkiem. Obok niego leżało małe pudełko, a w nim- strzykawki z żółtym płynem. Próbował skupić myśli, co teraz należy zrobić. Ale nie mógł.
- Co ty tutaj robisz?- dosłyszał zimny głos.
Podniósł głowę. Nad nim stała właścicielka pokoju.
- Co to jest?- podniósł rękę.
Zbladła.
- Skąd wiedziałeś?- wyszeptała.
- Przyszli dzisiaj dwaj kolesie. Upomnieli się o narkotyki, lub pieniądze. Tych pierwszych, już im chyba całych nie możesz oddać- rzucił, ze złością.
Przełknęła ślinę.
- Słuchaj, ja… To nie jest tak, jak myślisz… To dla…- zaczęła się tłumaczyć.
- Nie obchodzi mnie to- powiedział oschle. Wstał, podszedł do niej i wetknął w jej ręce narkotyki- Idź ćpać dalej.
Po jej twarzy spłynęły łzy.
- Ray, ja…- zaczęła szlochać.
Odwrócił się dopiero w drzwiach.
- Ćpunka- rzucił, i wyszedł pokoju.
Padła na łóżko.
- Mam dosyć- zakryła twarz dłońmi- Jestem już zmęczona tą sytuacją.
- Myślisz, że reszta nie?- Cadey usiadł na skraju jej łóżka. Złapał za jej nadgarstki i przyciągnął ją do siebie. Jeszcze tak piękna jak teraz, nie wydawała mu się nigdy. Kioa, o ciemnej karnacji skóry, pięknych oczach- jedno w kolorze brązu, drugie niebieskie, i o pięknej sylwetce, często zabierała mu dech w piersiach. Była zdecydowanie najładniejszą dziewczyną, jaką widział. Jaką wszyscy widzieli. Puścił jedną rękę i pogładził dłonią jej wspaniałe, fioletowe włosy.
- Jesteś śliczna- uśmiechnął się.
- Nawzajem- mruknęła i zamknęła oczy. Pogładził ją po policzku.
- Masz dzisiaj jakieś plany na wieczór?- zapytał.
- Nie- odpowiedziała- A co?
Zamiast odpowiedzi, pochylił się nad nią i namiętnie pocałował a usta. Dziewczyna oddała pocałunek.
- Już chyba wiem, jakie masz plany- szepnęła mu do ucha, przyciągając go do siebie za koszulkę.
Pocałował ją długo, namiętnie, jak tego chciała.
- Wchodzisz w to?- zapytał gardłowym głosem, przez który od razu mu uległa. Znów ją pocałował. Dziewczyna wsunęła palce w jego włosy, poddając się pocałunkom. Chłopak wziął ją w objęcia. Zamienili się miejscami. Teraz to on leżał na łóżku, a ona na nim. Pochyliła się i od razu odnalazła jego usta. Nie mogąc już wytrzymać, ściągnął z niej koszulkę. Odwzajemniła mu się tym samym.
- Kocham cię- wyszeptała, poddając się jego wścibskim palcom, krążącym po całym jej ciele.
- To ja ciebie kocham- przyśpieszył mu się oddech. Jej też.
Niedługo potem zaznali prawdziwej miłości.
- I jak ci idzie?- zagadnęła Shey.
- Źle- warknęła Misha. Włożyła dłoń do kuli z Meta Fluxem. Wyjęła z niego małą kulkę i położyła na stole. Potem to samo zrobiła z zielonym fluxem, wyprodukowanym przez Nardenów. Następnie, wzięła zieloną w jedną dłoń, w drugą fioletową i przypatrywała się im. Tchnęła w nie swój szklany flux. Kule się złączyły.
Rozległ się błysk niebieskiego światła.
Dziecko zaczęła ryczeć.
- Zobacz!- krzyknęła kotka- Obudziłaś dziecko!
Ognistowłosa otarła pot z czoła. Nawet nie wiedziała, że to będzie takie trudne.
- Zużyłam już dużo swojej mocy- zakomunikowała.
- A ja pieluszki- mruknęła, kołysząc w ramionach dziecko.
- Czemu mi w ogóle nie pomożesz?- usiadła na krześle, trzymając nową kulkę, o granatowym kolorze.
- Pomogłam ci- zdziwiła się- Dałam tobie cząstkę mojej mocy, do twoich badań.
- Też fakt- burknęła.
- A poza tym, to ja się opiekuję dzieckiem!- uśmiechnęła się.
- Jak ono do ciebie będzie się zwracało?
- Shey. Tak mam na imię- skrzywiła dziecinnie głowę- Shey.
- Chodziło mi o to, czy będzie do ciebie mówić „mamo”
- Niby czemu? Nie jestem Mama. Jestem Shey.
Misha wolną ręką pacnęła się w czoło.
- Ona naprawdę jest jak dziecko…- wyszeptała.
Shey zaczęła nucić jakąś kołysankę.
- Ile ty masz w ogóle lat?- odwróciła głowę w jej kierunku.
- Sto czterdzieści jeden kocich- odparła- Czyli szesnaście ludzkich- uśmiechnęła się.
- I zachowujesz się jak małe dziecko.
- Kit z tym!- wyszczerzyła zęby- Walę to! Żyję własnym życiem!
- Kolejna optymistka- mruknęła pod nosem. Obróciła w dłoniach granatową kulkę.
- Wiesz, że to co zrobisz…- zagadnęła znów Shey- To będzie największy wyczyn, jaki padnie w tej historii świata? Zrobisz coś, czego nie zrobił nikt inny. Oszukasz samą naturę- spojrzała czule na dziecko- Wiesz też o tym, że jak potem zniszczymy Fluxy… Że zginiesz?
- Że co?- oderwała wzrok od dłoni.
- Znikniesz- powiedziała spokojnie- Flux ciebie wchłonie.
Westchnęła.
- I tak nic nie mam do stracenia- odparła.
- Ależ masz- jej oczy zabłyszczały- Mnie!
Chłopak niepewnie spojrzał na dziewczynę.
- Jesteś pewna, Sheima?- uniósł brwi.
- Tak- odparła, wsiadając do auta.
- Dobrze- westchnął- Ale, jeżeli nas gliny złapią, to będziemy mieć dodatkowe kłopoty. Ty sobie już niezłe wyrobiłaś.
- A co ciebie obchodzi moje życie?- warknęła, patrząc, jak siada za kierownicę.
- Wiesz, jesteś fajną dziewczyną- odparł- A niszczysz sobie w ten sposób życie. Najpierw narkotyki, a teraz chcesz jechać na napad sklepu ze sprzętem muzycznym. Mówię ci, możesz jeszcze zrezygnować. Za fajna jesteś- spojrzał na nią- Dziewczyno, rujnujesz sobie życie.
- Zamknij się- warknęła znów- I jedźmy.
Ruszyli z piskiem opon.
Tylu odważyło się napisać: (4) | Dodaj swój własny komentarz!
I po wakacjach...
Przepraszam, że rozdział dzisiaj krótki i w ogóle... Ale dotyczy Mishi i jej wypadu do Nardenów. Wiem, wiem, za mało opisowo i tak dalej, ale wierzcie mi- kilka godzin temu właśnie wróciłam z Grecji i natrudziłam się niemiłosiernie, aby wam napisać ten rozdział. Mam nadzieję, żę będziecie zadowoleni :D
UWAGA!!!
Wszyscy, co komentują mojego blooga, chcą abym komentowała ich i co chcą być informowani o nowych notkach, proszę o wpisywanie się do księgi gości. WSZYSCY. Czyli, ten ktoś się nie wpisze, nie zostanie poinformowany i nie będę komentowała jego bloga.
To znacznie mi ułatwi pracę w czytaniu waszych blogów :) Bo jak na razie, to mam bałagan i już nie wiem, co zacząć komentować.
DODANE PÓŹNIEJ
Kasuję blooga.
Nikt go nie czyta(pomijając Ważkę, Lolę i Alex), rzadko kto komentuje. Zostałam przytłoczona sprawami życia. Shadow Cat sama mi to powiedziała. Jak będzie mało osób komentowało i jak wszystko będzie mi się wydawać, że mnie omija.. Że nie nadążam, to mam skasować. Sama tak miała kilka razy.
Tak więc... Jeżeli pod tą notką nie będzie 10 komentarzy...
To będzie koniec. Ciach, prach, żegnaj ukochany bloogu, do którego miałam bardzo ambitne plany.
Jak na razie... Do zobaczenia. Zobaczymy, czy nie "Żegnajcie".... ;(
Rozdział 44
"Najgłupsze pomysły wpadają nam do głowy w nieodpowiednich momentach"
Monier cicho westchnął. Warta zapowiadała się jak zwykle nudno i żmudnie. Oparł się o ścianę i ostrzegawczo spojrzał na towarzysza. Tamten też westchnął i oparł się. Praca to praca, ważne że płatna. Ale jak przypomniał sobie swoją żonę… Jego oczy przybrały błogi wyraz. Poślubił ją raptem rok temu, a już mieli małą córeczkę. Śliczną, niedawno nawet nauczyła się wymawiać swoje imię oraz „Mama” i „Tata”. Uśmiechnął się. Czeka go jeszcze pięć godzin warty przy fluxie, który Eddoni- jego naród- ukradli Nardenom. Warta zmieniała się średnio co sześć godzin. Bez wątpienia przetrwa jeszcze, a potem wróci do domu, do ukochanej, pięknej żony i malutkiej córeczki. Na dodatek niedawno kupili sobie małego pieska. Mały, kudłaty, co uwielbia kraść jedzenie ze stołu. Znów się uśmiechnął. Musi wytrwać jeszcze tylko kilka godzin. Musi.
Poczuł nagle, jak ziemia się trzęsie. Spojrzał na towarzysza. Tamten zrobił zdziwioną minę i wyszarpnął na wszelki wypadek miecz z pochwy. W drugą dłoń wziął pistolet. Monier zrobił tak samo. Nie chciał, aby potem go obarczano winą, że nic nie zrobił.
- Nieeeee!!!- rozległ się przerażający wrzask po całym korytarzu. Przeszedł go dreszcz.
- Coś się złego dzieje- mruknął.
- Napadli nas?- zasugerował kolega.
- Nie wiem- poruszył ramionami- Ale lepiej udawajmy, że bronimy.
Wyszczerzył zęby.
- Dobrze.
- Ona powraca- wyszeptał Chandelan, patrząc się w ekran.
- Ona?- uniósł brwi Cadey- Skąd wiesz?
- Właśnie robi rozróbę u Eddonów!!- wrzasnął, wskazują na telewizor- Patrz!
Chłopak spojrzał w ekran. Było to nagranie kamery. Wysoka postać w ciemnej pelerynie biegła przez korytarz. Kilka osób próbowała ją zatrzymać, lecz nie udało im się. Niektórzy zostali przebici mieczem, inni spaleni błyskawicą Fluxu. Kioa patrzyła się na to zaskoczonym wzrokiem.
- Nie wierzę- pokręciła głową- Teraz? Niby po co?
- Chyba jej chodzi o kulę Fluxu- mruknął Navon- Albo i…- uśmiechnął się- To idealny moment, aby zemścić się.
- Nie teraz!- Chandelan uniósł palec- Nie teraz. Teraz trzeba zająć się tą sprawą.
- A więc co robimy?- westchnęła Gaja.
- Co teraz?- mruknął Monier.
- Nie wiem- odparł- Chodźmy zobaczyć dalej. Może się czegoś dowiemy.
Kiwnął głową.
Szli dalej korytarzem. Wzdrygnęli się, kiedy zobaczyli wielkie plamy krwi na ścianach. Dalej, za zakrętem, leżał martwy Eddon. Monier rozpoznał go. To był jego przyjaciel, z którym zawsze po warcie szedł na butelkę piwa.
- Kyen!! Kyen!- wrzasnął, klękając przy nim. Mężczyzna jeszcze oddychał.
- Poczekaj, zaraz zatamuję krew- zdarł pasek tkaniny z kurtki.
- Nie!- wychrypiał, zatrzymując jego rękę- Już… Już nic mi to nie pomoże- głos miał bardzo słaby- Nic. Ratujcie się wy sami.
- Kyen, nie bredź- warknął- Kto ci to zrobił?- spojrzał na straszne rany.
- Ona…- zamknął oczy. Wypuścił powietrze…
- Kyen…- wyszeptał. Po jego policzku spłynęła łza.
- Jaka „ona”, Monier? Znasz ją?- spytał towarzysz.
- To ja…- usłyszeli damski głos za sobą. Odwrócili się energicznie. Przed nimi stała wysoka postać w zielonej pelerynie. Odsłoniła kaptur. Ich oczom ukazała się ładna dziewczyna o dość dziwnym kolorze włosów. Przeplatały się tam wszystkie odmiany czerwonego, pomarańczowego i żółtego. Wydawało się, że te włosy płoną.
Monier zastygł. Wiedział kto to jest. Znał ją z legend, wiedział, co ona zrobiła.
Wymordowała dużą część Eddonów.
- T-Ty…- wyjąkał.
Uśmiechnęła się.
Uniosła rękę.
Świat zalśnił białym blaskiem.
A potem… Nie czuł już nic.
Misha bez przeszkód przeszła do części, gdzie przechowywali Meta Flux. Uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że na pewno będzie musiała kogoś zabić, ale nie spodziewała się aż tylu stawiających upór. Skrzywiła się. Metalowe drzwi.
BACH!!
Drzwi już nie było. Z zadowoleniem stwierdziła, że jej flux po raz kolejny na coś się przydał. Przeszła przez drzwi. Nikogo w środku nie było. Szybkim krokiem podeszła do stołu, na którym był Meta Flux. Wzięła go ostrożnie w ręce.
- Wspaniały…- mruknęła- Udało się…
Louiel z przerażeniem patrzyła się na nową postać, która pojawiła się w ekranie. Nie było to owa Misha, tylko jakaś inna osoba. Robiła niezły zamęt, śmiejąc się i zabijając każdego. Navon siedział na stole, tuż obok niej. Minę miał pochmurną.
- Nie wiem kto to jest- odpowiedział na jej pytające spojrzenie- Może jej koleżanka.
- Może…- zagryzła wargę- Kiedy nasi już tam wylatują?
- Nie wiem- poruszył ramionami- Wiesz, trudno to przewidzieć. A jak ona nagle zniknie i pojawi się na drugim końcu galaktyki? Co wtedy zrobią? Szczególnie, że Eddoni nie za bardzo lubią naszą organizację.
- Masz rację- uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech.
Z powrotem spojrzała na zdjęcia, przesyłane przez kamery.
- O kurczę…- wyszeptała- O kurczę…
- Co się stało?- zszedł ze stołu.
- Zobacz. Ona wzięła Meta Flux i zniknęła- wskazała drżącym palcem- Wzięła… i… zniknęła…
- Jestem- wydyszała Shey, przybiegając. Ukrywała coś pod peleryną.
- To dobrze- uśmiechnęła się Misha. Wyciągnęła zza peleryny kulę Meta Fluxu- Zobacz co mam.
- Udało ci się!- podskoczyła z radości- A ja też coś mam!!
- Co?- zdziwiła się. Shey niczego nie miała przynosić. Jedynie odciągać uwagę strażników, na czas, kiedy ognistowłosa będzie próbowała znaleźć flux. Nie miała zielonego pojęcia co ona tam ma. To może być wszystko. Głowa przywódcy. Kawałek ciasta. Czy też…
- Dziecko!- uśmiechnęła się radośnie.
Mishi szczęka odpadła.
- Dziecko?
Kotka pokiwała żywo głową.
- Dziecko, dziecko!- krzyknęła, wyciągając wreszcie coś z pod peleryny. Było to zawiniątko z małym dzieckiem, niemal niemowlakiem. Po rysach twarzy Misha spostrzegła, że to dziewczynka. Miała fioletowo-niebieskie włosy i duże, fioletowe oczy.
- Eddońskie!
- Tak, tak!- potrząsnęła dzieckiem. Rozpłakało się.
- Płacze- stwierdziła Misha.
- Fajnie, co nie?- spojrzała na zawiniątko- Ładnie płacze- potrząsnęła nim jeszcze raz.
- Shey!- nie wiedziała, czy płakać ze śmiechu, czy też z głupoty kotki.
- Nie, nie nazwę jej Shey. Ja się tak nazywam- uśmiechnęła się rozbrajająco- Wiesz co? Nazwę ją Cari.
- Cari?- powtórzyła głucho.
- Cari, Cari!!- potrząsnęła dzieckiem- Zobacz, jaka śliczna!
Misha z wrażenia oparła się o ścianę.
- No co, moja malutka Cari, płacze?- zaszczebiotała Shey- Maluteńka, taka ślicznotka…
Ona. Wzięła. Sobie. Z. Misji. Dziecko.
Potrząsnęła głową. Nie mogła w to uwierzyć. Shey, ta co ma umysł jak malutkie dziecko, zapragnęła mieć teraz własne! A na dodatek jeszcze potrząsa nim jak szalona, i stwierdza, że ładnie płacze! Traktuje je jak jakąś rzecz, a nie małe dziecko! Osunęła się na ziemię, trzymając kulę Fluxu w dłoniach.
- Co masz zamiar z nim teraz zrobić?- wyszeptała.
- Jak to co?- zdziwiła się.
- A co?- uniosła brwi.
- No oczywiście, że wychować je!- wrzasnęła radośnie, potrząsając znów dzieckiem.
Kula szklanego Fluxu przemknęła po korytarzu nardeńskiej budowli.
Wszędzie wokół ludzie uciekali w panice, przed siebie, nawet nie patrząc. Olbrzymi pożar szalał w całym budynku, odcinając drogę uciekającym. Nie wiedzieli, co robić. Znienacka pojawiły się dwie osoby w pelerynach. Jedna zaczęła posyłać w ich kierunku śmiertelne dawki szklanego Fluxu, druga patrzyła się na to wszystko i wesoło szczebiotała do maleńkiego zawiniątka, które trzymała. W ogóle się nie przejmowała walką.
- Shey, pomóż mi!- wrzasnęła Misha.
- Ty mi pomóż!- krzyknęła- Ona jest chyba głodna!!- wskazała na dziecko.
Tamta tylko potrząsnęła głową i dalej próbowała sobie utorować drogę przez strażników.
- Nardeni!!- wrzasnął Silvar, wpadając do pomieszczenia- Ona jest teraz u Nardenów!
Chandelan zmarszczył czoło.
- Niemożliwe- potrząsnął głową.
- Ależ tak!
- Ja już walę tę robotę- mruknął, wychodząc z pokoju.
- Ja też- burknęła Kioa, rzucając kubkiem w ścianę- Wali mnie, gdzie ona teraz jest, co robi. Mam lepsze rzeczy do roboty. I tak z nią nie mamy szans, więc nie widzę potrzeby, aby się męczyć. Idę się umyć- poruszyła ramionami.
- Pomóc ci?- zasugerował Cadey.
- Poradzę sobie sama- warknęła.
Navon zakrztusił się herbatą, próbując zdusić chichot.
Ayumi nie wiedziała do końca, co się dzieje. Wszędzie ogień. Krzyki ludzi. Krew na ścianach. I flux pędzący na wszystko… Złapała się przewróconego biurka, próbując złapać równowagę. Całym budynkiem potwornie trzęsło.
Spojrzała na kulę Fluxu, którą wyprodukowała wraz z innymi naukowcami.
Znienacka pojawiła się przed nią postać w pelerynie.
- Wezmę sobie to, dobrze?- nie czekając na odpowiedź, wzięła flux.
- Nie!- szepnęła Ayu- To moja cała dotychczasowa praca!
Misha ściągnęła kaptur.
- A co byś powiedziała na to?- wyciągnęła dłoń przed siebie i uformowała niewielką kulkę szklanego Fluxu- Będziesz miała nowy obiekt badań. Na jakieś kilkadziesiąt nawet lat. Jedyna okazja. A mi ten flux- wskazała na zieloną kulę- Jest bardzo potrzebny.
Ayu spuściła głowę.
- A jak się nie zgodzę?
- Cóż… Zabiję cię- stwierdziła.
Pomyślała o Evionie. I o ich ślubie.
- Dobrze. Bierz- podeszłą do niej i odebrała białą kulkę- A do czego potrzebny ci jest…?
Uśmiechnęła się podejrzliwie.
- Do ważnych celów- zasłoniła twarz kapturem.
Buchnął dym.
I już jej nie było.
Pojawiła się na leśnej polanie.
- Jestem- zakomunikowała. Shey uśmiechnęła się do niej.
- To dobrze. Przestała płakać- wskazała na trzymane zawiniątko.
- Naprawdę, masz zamiar je wychować?- położyła obydwie kule Fluxu koło siebie.
- Tak. Znalazłam matkę z tym dzieckiem. Kobitka umierała, poprosiła mnie, abym wzięła to dziecko… Co ja mogłam zrobić?- przekrzywiła głowę- A telaz śliczniutka Cari ma nową mamusię…- zaszczebiotała. Misha pokręciła głową.
- Ja nie wiem, na co to wyrośnie- szepnęła sama do siebie.
- Wyrośnie na dziewczynkę- stwierdziła rozbrajająco Shey.
- To wiem- wstała i położyła ręce na kształtnych biodrach- Zaczynamy?
- Zaczynamy!- odkrzyknęła radośnie.
Tylu odważyło się napisać: (3) | Dodaj swój własny komentarz!
Natsępna notka pod koniec sierpnia.
Przyjechałam wczoraj, a wyjeżdżam już jutro. Przykro mi, za wasze nie skomentowane rozdziały. Ale są wakacje, a ja w tym roku mam naprawdę napięty plan. Wszystko nadrobię, jak wrócę i wreszcie siądę porządnie przed komputerem.
Zginęło kilku bohaterów. To był pomysł Shadow Cat, nie mój.
Rozdział 43
"Przeskok od życia do śmierci nie może być zbyt gwałotwny..."
Biegła ile sił. Szarowłosy chłopak z trudem dotrzymywał jej kroku, mimo iż to ona była w sukience, a nie on. Nie zdążyła się przebrać. Nie zdążyli nawet ze sobą ani jednego słowa zamienić. Rozumieli się bez nich. Szybko minęła pielęgniarkę z tacą leków. Przy schodach złapała oddech. Teraz tylko musi się rozejrzeć…
- Powiedziała, że są na trzecim piętrze- wysapał Vansen, dobiegając do niej.
- Też to słyszałam- szepnęła. Zobaczyła lekarza wychodzącego z Sali operacyjnej. Jego kitel był cały we krwi, a sam mężczyzna miał na twarzy krople potu.
- Doktorze!- krzyknęła Misha, podbiegając- Co z nimi??
- Przykro mi…
W Sali o ścianach koloru białego śniegu, leżał młody chłopak na łóżku. Wokół niego było mnóstwo urządzeń wszelakiego typu. Jego lazurowe oczy wpatrywały się tępo w sufit. Po twarzy spływały krople potu, ręce były kurczowo zaciśnięte na pościeli.
„Nie chciałem, aby tak to się skończyło” pomyślał Naxer. Nawet to mu sprawiało duży wysiłek „Nie chciałem. Wypadek… Nic już nie pamiętam. Pustka…” przymknął powieki. Zrobił się nagle bardzo senny. Chciał zamknąć całkowicie oczy i pogrążyć się w błogim upojeniu. Lecz… Chciał coś bardziej.
„Chciałbym jeszcze raz ujrzeć oczy tego anioła… Wiosennego anioła…” zaczerpnął panicznie oddechu „Jej brązowe oczy… Ujrzeć te kosmyki zielonych włosów… Zobaczyć anioła…” Lazurowe oczy otworzyły się jeszcze na chwilę, aby ujrzeć wpadającego motyla do pokoju. Uśmiechnął się.
Poczuł się tak, jakby spadał do głęboki studni bez dna.
Ray myślał, że śni. Z trudem docierały do niego słowa lekarza. Wszystko wydawało mu się jak sen. Szczególnie to, co powiedział lekarz. Nie wierzył. Coś, a może raczej ktoś, zaczął go szarpać za rękę i krzyczeć coś do ucha. Zamknął oczy. Nie wierzy, w to co powiedział lekarz.
- Ray!- Sheima szarpnęła go za rękaw- Obudź się!
- Czy… Czy może pan powtórzyć?- wyszeptał chłopak, patrząc się w oczy mężczyzny.
Okrwawione ręce wytarł w fartuch.
- Jak mówiłem. Trzy osoby już nie żyją- spojrzał mu w oczy- Moje kondolencje…
- Kto nie żyje!?- krzyknął rozpaczliwie. Palce Sheimy splotły się z jego dłonią.
Powiedział mu.
Ray jęknął. Upadł na kolana. Sheima delikatnie dotknęła jego pleców.
Annika. Arlen. Lanner…
Znów otworzył swoje lazurowe oczy. Pragnienie zapadnięcia w błogi sen nadal nie ustępowało. Zobaczył nagle przed sobą kilka osób. Trochę niewyraźny obraz… W końcu rozpoznał ich. Lekko uniósł głowę. Ostry ból w kręgosłupie przeszył całe jego ciało.
- Naxer, spokojnie- szepnęła Nova, głaszcząc jego rękę.
- Ja…- wychrypiał- Ja…
Ujrzał zielone kosmyki włosów. Oraz piękne, brązowe oczy.
Matiia’kann.
Wiosenny anioł.
-Mati… Aniele…- uniósł lekko dłoń. Musnął jej twarz o skórze gładkiej jak płatek róży.
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego blado. Pogłaskała go po policzku.
„Chciałby ci tyle powiedzieć… Nie mogę. Nie mam już sił. Czuję, jak ogarnia mnie sen…”
- Kocham cię- wyszeptał. Przymknął powieki. Pozwolił, aby ogarnął go błogi spokój… Sen...
Linia była prosta.
Krzyk zielonowłosej dziewczyny był słyszalny na całym piętrze.
- NAXER!!!!
Białowłosej dziewczynie nawet najmniejsze zaczerpnięcie powietrza przynosiło wielki ból w górnej części ciała. Kurczowo zacisnęła dłoń na ręce szarowłosej postaci. Obok niej Misha coś szeptała. Chyba to były słowa otuchy. Już nie wiedziała. Ledwo co do niej docierało. Chciała im to powiedzieć. Że ich słowa do niej nie docierają. Że ich sama obecność wpływa na nią słowami otuchy… Poczuła, jak krople potu spływają po jej twarzy. Nie chciała umierać. Nie teraz.
- Wszystko będzie dobrze…- usłyszała spokojny głos Mishi- Zobaczysz…
„Nie będzie, uwierz mi. Ból jest coraz silniejszy…”
- Loria- tym razem to był głos Vansena- Nie poddawaj się.
„ Wcale nie jest tak łatwo…”
- Już niedługo będziesz znów biegać za piłką- to był chyba Ray. Rozpoznała jego włosy.
„ Pragnę, aby to się już skończyło…”
- LORIA!!- wrzasnęła nagle Misha- Masz nie umierać! Rozumiesz, do cholery!?
Poczuła delikatne mrowienie po całym ciele. Oraz nagłe, błogie uczucie rozlewające się po całym ciele. Zamknęła oczy. Aż wszystko się prosiło, aby poddać się snu.. Długiemu… Doleciały do niej jakieś głosy. Już ich nie mogła rozpoznać. Ktoś dotknął jej ręki. Nie wiedziała już kto. Zaczęła już dopływać… Zaczerpnęła po raz ostatni oddech.
- Przepraszam- wyszeptała- Przepraszam…
Teraz już nic już nie czuła.
Odeszła.
Po twarzy Mishi spłynęła krystaliczna łza.
------------------------
Powiał lekki wiatr. Tysiące osób kroczyło za pięcioma trumnami. Tysiące osób przyodziało czerń. Spadające na ziemię łzy tysiąca osób zastępowały deszcz. Mnóstwo ludzi przybyło na pogrzeb tych, którzy kochali. Ich idoli, ludzi których podziwiali, którym zazdrościli.
Misha szła koło Vansena i Novy. Myślami była daleko. Nawet bardzo daleko. Spojrzała na trumny, w których spoczywali jej przyjaciele. Przyjaciele, którzy jej nie zawiedli, których w końcu znalazła. Dłonią przygładziła niesforny kosmyk włosów na swojej głowie. Miała jeszcze coś do załatwienia. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale już wkrótce…
Vansen miał wzrok wbity w ziemię. Nie mógł, a raczej nie chciał, uwierzyć w to, że już nie ma Lorii, Naxera. Jego przyjaciół. Których w końcu zdobył. Spuścił głowę. Nie mógł płakać, zresztą, nic mu na to nie pozwalało. Po prostu. Czuł wżerającą pustkę w środku swojej duszy. I przekonanie, że już nigdy nie ujrzy pięknego uśmiechu Lorii..
Nova, Dannet i Ray czuli to samo. Tylko, że oni, w przeciwieństwie do tej zimnej dwójki, płakali. Wiedzieli, że nigdy nie ujrzą swoich przyjaciół. Dziewczyna cicho popłakiwała, wtulona w ramię swojego chłopaka. Brązowooki za to usiłował się nie patrzeć na Sheimę, która wyglądała dosyć blado. Źrenice miała duże, a na jej czole były krople potu. Będzie musiał się nią zająć, kiedy skończy się pogrzeb.
Wreszcie przybyli na cmentarz. Ludzie utworzyli krąg wokół dziur, w których miały być złożone trumny. Przybył ksiądz, który odprawił formułkę „Z popiołu powstałeś, w popiół się obrócisz…”, poczym oznajmił, że czas na ostatnie pożegnanie.
Osoby podchodziły i rzucały pojedyncze kwiaty do dziur, w których już były trumny z ich przyjaciółmi. Jakaś kobieta podeszła i rozpłakała się. Mówiła, że nie przeżyje, że będzie brak jej tych osób, że bez nich świat już nie będzie taki piękny. Potem ktoś powiedział, że szkoda zmarnowanej takiej obiecującej przyszłości. Jeszcze ktoś powiedział, że na pewno o nich nie zapomni.
Śmierć Anniki i Arlena.
Podeszła jakaś blondynka. Wyszeptała tylko słowa „Żegnaj bracie”, poczym odeszła.
Śmierć Lannera.
Podeszła ciężarna dziewczyna. Za nią stało jeszcze kilka osób. Wszystkie rzuciły na raz białe róże do dziury. Galea jeszcze szepnęła cicho pod nosem. Oczy miała zaczerwienione od płaczu. Dotknęła ust dwoma palcami, poczym dotknęła dłonią ziemię. Odwróciła się. Odeszła.
Śmierć Naxera.
Zrobiło się zamieszanie. Kilku ochroniarzy wyskoczyło na przód. Tłum rozstąpił się, robiąc przejście. Cmentarnym chodnikiem szedł wysoki mężczyzna, z widoczną siwizną. Wszyscy mu się kłaniali. Za królem szła jego żona, o dość naburmuszonej minie. Sam mężczyzna był bardzo poruszony. Jego wilgotne oczy znów zaszły łzami.
- Żegnaj córko- wyszeptał, poczym rzucił różę na trumnę.
Śmierć Lorii.
Spojrzenia Mishi i króla spotkały się.
-----------------------------
Jakieś dwa tygodnie po pogrzebie.
Szpital. Sala 401.
Poród był naprawdę ciężki. Dziecko przyszło za późno, nie chciało za bardzo mu się rwać do tego złego świata. Matka przeżyła prawdziwe katusze, próbując wreszcie wydać na świat swoje dziecko. Szczególnie, że przy niej nie było żadnego ukochanego, czy też znajomego. Tylko lekarze i pielęgniarki ją otaczali. Nikt z bliskich…
Mężczyzna podał dziewczynie zawiniątko.
Granatowłosa przytuliła do siebie syna.
- Mam nadzieję, że z wyglądu będziesz jak ojciec…- wyszeptała Galea.
Szpital. Sala 402.
Poród był naprawdę ciężki. Dziecko przyszło za wcześnie, zapewnie będzie musiało jeszcze być w inkubatorze. Matka nieraz już bała się, że straci swoje dziecko. Nikogo przy niej nie było, kiedy dręczyła się złymi myślami. Żadnego chłopaka, czy też przyjaciela. Dziecko widocznie jak najszybciej pragnęło wyjść na ten ponury świat i zakosztować pierwszym wyzwań….
Pielęgniarka podała dziewczynie zawiniątko.
Blondynka przytuliła do siebie syna.
- Mam nadzieję, że z charakteru będziesz jak ojciec…- wyszeptała Mesyia.
Vansen stał nad grobem swojej białowłosej przyjaciółki. Nadal tutaj było mnóstwo kwiatów, które jeszcze pozostały z pogrzebu. Nie mógł się także oswoić z nową myślą- że Loria jest dzieckiem króla, króla planety Nastar, na której akurat stąpa. Chociaż jest z pozamałżeńskiego łoża, to ma w sobie geny ojca. Królowa nie miała zbytnio zadowolonej miny, kiedy usłyszała to, co powiedział król. Była wręcz wściekła.
Spojrzał w bok. Matiia’kann klękała przy grobie Naxera. Układała kwiaty w jakąś ładną kompozycję. Obok leżał duży znicz, którego zdążyła już zapalić. Szarowłosy podszedł do niej i przykucnął.
- Czemu wcześniej się nie odzywałaś?- wyszeptał.
Spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem.
- Nie udawaj teraz. To ty wrzasnęłaś w szpitalu. Słyszałem, i to wyraźnie.
Zielonowłosa westchnęła.
- Masz rację, to ja byłam- jej głos był cichy, aczkolwiek melodyjny. Idealnie pasował do niej samej- Nie odzywałam się przedtem. Czemu? Nie chciałam. Bałam się niektórych rzeczy, ale jakich, to już nie powiem.
- Gdybyś wcześniej się odezwała, to łatwiej byłoby się z tobą dogadać- stwierdził.
- Wiem.
- Gdybyś się wcześniej odezwała, to coś z ciebie i Naxera by było.
Dziewczyna aż zachłysnęła się powietrzem.
- I kto to mówi!?- wrzasnęła nagle- Ty za to zmarnowałeś swoją miłość z Lorią! Żebyś tylko widział, jak się ona na ciebie patrzyła! Kochała cię! Była gotowa wszystko poświęcić, abyś ją pokochał!!
- A ty, gdybyś się odezwała, to…- zaczął głośnym tonem.
- TO CO??- ryknęła, nie zważając na to, że jest na cmentarzu- Nie zmieniaj tematu! Tym, czym ciebie obdarowała Loria, to była prawdziwa miłość! A ty, jak dureń musiałeś pokazać światu, że jesteś za dumny na to, aby ukazywać uczucia!- zacisnęła pięść. Po jej twarzy spływały łzy- Jesteś skończonym durniem, Vansen. Skończonym- wyszeptała.
- Matiia’kann…- spuścił głowę- Może i bym pokochał Lorię, ale nie teraz…
Spojrzała na niego zimnym wzrokiem.
- Śpieszmy się kochać ludzi, Vansen- spojrzała na groby- Tak szybko oni odchodzą…
- Chandelan dał niezłą plamę- uśmiechnął się, podchodząc do dziewczyny.
Uniosła brwi.
- Tak?- spytała, zaciekawiona.
- Oczywiście- oznajmił Orwen- Chandelan, nasz.. dowódca- prychnął ironicznie- Dał niezłą plamę związaną z tym wypadem po Cethis od U-Uanów. Miał uratować Cethis. Owszem, zrobił to, ale stracił za dużo dobrych wojowników. A na dodatek nie zabił jednego z szefów tej organizacji, a to był główny plan. No cóż… Nie jest In takim ideałem- zaśmiał się.
Louiel zmarszczyła czoło.
- Każdemu się zdarza…
- Taa.. Tylko, że jemu to już któryś raz- uśmiechnął się do blondynki- Przedtem nawalił w innej misji. Miał także kogoś zabić, a nie zabił. A na dodatek umarła jego przyjaciółka, jego dziewczyna i to przez niego. A potem…
Niebieskooka poczuła, jak coś się w niej budzi. Jakiś potwór, który domagał się, aby nawrzeszczała na Orwena, aby udusić go, zabić. Stwór coraz bardziej przejmował kontrolę nad jej ciałem. Czuła teraz energię, która przepełniała całe jej ciało. Była naprawdę wściekła.
- Mówię ci, Chandelan to kretyn- kontynuował- Zawali wszystko i wszę…
- ZAMKNIJ SIĘ!!!- ryknęła nagle na niego. Chłopak uniósł brwi- A TY NIBU CO TAKIEGO ZROBIŁEŚ, HĘ? SIEDZIAŁEŚ SOBIE BEZPIECZNIE NA STATKU, POPIJAJĄC KAWĘ, PODCZAS GDY CHANDELAN I RESZTA WALCZYLI O ŻYCIE!!- ludzie w kawiarni zaczęli im się przyglądać. Kilka osób nawet krzyknęło zachęcająco, aby kontynuowała- JESTEŚ BEZMÓZGIM PODMIOTEM! TYLKO BYŻ GDERAŁ I GDERAŁ! INNI ODWALAJĄ ZA CIEBIE ROBOTĘ, A TOBIE TYLKO FIGLE I CORAZ TO BARDZIEJ DURNE POMYSŁY W GŁOWIE!!- kilka osób potaknęło- TY SKOŃCZONY KRETYNIE! JAK ŚMIESZ TAK MÓWIĆ O CHANDELANIE! A NA DODATEK, ŻE TO JEGO WINA, ŻE LYA NIE ŻYJE!
- Louiel…- spuścił nieco głowę.
- I CO TERAZ MASZ NIBY DO POWIEDZENIA!?- wrzasnęła znów- No co!?!?
- Że ja… Bo… Naprawdę…
- To było naprawdę piękne wytłumaczenie- prychnęła.
Rzuciła na stół kilka monet.
Kiedy wychodziła z pomieszczenia, towarzyszyło jej gwar oklasków.
---------------------------
- Misha- powiedziała wesoło Shey- Tak się cieszę, że już zaczynamy!
Dziewczyna coś tam burknęła pod nosem. Sprawdziła swój miecz i komplet noży za pasem.
- Szczególnie, jak dam w kość Nardenom. Mówiłam ci już, że co roku organizują sobie polowanie na mnie, w ramach atrakcji?- prychnęła- Oczywiście, nigdy nie dałam się złapać. Ale będą mieli miny, kiedy się u nich zjawię i ich pozabijam!- krzyknęła podniecona, podskakując. Mishi naprawdę wydawało się, że Shey nigdy nie wyrosła. Przypominała takie małe dziecko, co dopiero stawiało małe kroki. Tylko, że te dziecko potrafi zabić, udusić, obedrzeć ze skóry. Oraz inne rzeczy.
- Uspokój się- mruknęła- Będzie ciężka przeprawa z Eddonami.
- Od nich zaczynamy?- przekrzywiła głowę. Uszy lekko się nastroszyły.
- Oczywiście. Najlepsze zostawiamy na końcu- uśmiechnęła się. Szatynka odwzajemniła uśmiech, ukazując dwa kły w przednich zębach. W końcu była na wpół człowiek, a na wpół kotem. Przyodziały ciemnozielone peleryny.
Misha spojrzała w niebo. Zaczyna się niezła zabawa. Stanie się coś, czego będzie żałować, ale jednocześnie da radość innym ludziom. Dlatego to robi. Przed nią długa i ciężka noc. Spojrzała na Shey. No, może dla niej to będzie zabawa, pomyślała.
- Dobra. Idziemy.
- Poprzez teleportację do Eddonów?- zapytała kotka.
- Tak- znów spojrzała na niebo.
„Nadchodzę”
Oj, strzeżcie się Eddoni. Dzisiaj nie zaśniecie.
-----------------------------
Nadejdzie miejsce i czas
Tam, gdzie złączą się płomienie,
Tam gdzie zrozumienia nadjedzie czas
Nastanie kres niezgody.
Wybrana uwoli uczucia.
Wybrany pojmie poświęcenie.
Stoczą ze sobą bitwę.
Uczuć, chwały, myśli.
Ona wycierpi…
On zrozumie…
Koniec będzie szybki,
Niczym machnięcie płetw rybki.
Między nimi odnajdzie się cena miłości,
Chociaż nieźle dadzą sobie w kości…
Z Księgi Proroctw Rasy Cyrios.
Tylu odważyło się napisać: (6) | Dodaj swój własny komentarz!
Cóż, wyjeżdżam. Nie będzie mnie do 3 sierpnia. Jeżeli do 6 sierpnia nie ukaze się wtedy żadna notka, to oznacza że ruszyłam dalej i nie będzie mnie aż do 22 sierpnia. A co to oznacza? Że nie będzie nowych rozdziałów, chociaż przerwałam w takim momencie :D I nie będzie komentowania waszych notek. Po wakacjach wszystko wróci do normy, ponieważ będę miała czas, aby wasze notki komentować :) Teraz nie miałam zbytnio czasu, aby nadrobić wszystkie wasze notki, ale to się zmieni, obiecuję. Tak to jest w wakacje :D
Lanner, Arlen i Naxer mają niebieskie oczy. Nie pomyślcie sobie co!
Obstawiam zakłady, kto waszym zdaniem zginie xD
PS. Na pewno niektórzy z was mogę być zadziwieni, że Sheima nic nie nabroiła na premierze... Ale mówię wam. Teraz to się dopiero zacznie. Wszystkie jej czyny którego dokonywała przed tem będą miały teraz swoje konsekwencje....
Rozdział 42
"Rano się śmiejemy z własnym błędów.
Wieczorem przez nie płaczemy"
S.C
Dannet przeczesał palcami włosy. Oczekiwał na Novę już od dobrych dziesięciu minut, a dziewczyna nie raczyła zejść na dół. Spojrzał na zegarek. Jeszcze trochę czasu do premiery mieli, więc może jeszcze poczekać. Westchnął i poprawił koszulę. Bardzo był ciekaw, jak jego dziewczyna wyglądała w sukience.
- Nova! Za wiele czasu nie mamy!- wrzasnął w holu.
- Już idę!- odkrzyknęła- Trudno mi się chodzi w szpilkach!
Wreszcie się zjawiła. Dannet leciutko się uśmiechnął. Wyglądała bardzo ładnie w kremowej sukni, sięgającej ziemi, rozszerzanej u dołu. Plecy były odsłonięte, dekolt mocno wycięty. Włosy rozpuszczone, delikatny makijaż.
- Ładnie wyglądasz- przyciągnął ją w talii do siebie i mocno pocałował. Dziewczyna oddała pocałunek, może nawet zachłanniej. Ręce bruneta zaczęła wędrować po całym jej plecach, aż dotarły do zamka. Zaczął leciutko rozpinać.
- Ej!- zaśmiała się- Dopiero co ją ubrałam, a ty już chcesz mnie rozebrać?
- A czemu nie?- pocałował ją w szyję.
- Najpierw premiera… A potem co będzie, to będzie- uśmiechnęła się figlarnie.
Nie spodziewali się, że to co będzie, to ich uszczęśliwi…
Ray ze znużeniem siedział w fotelu. Ile kobiety mogą się przebierać? I to jeszcze Sheima! Ona nie jest zwyczajną dziewczyną, więc ubranie się w sukienkę powinno jej zająć co najmniej pięć minut. Ale nie! Ona już tam siedziała pół godziny i nie miała zamiaru wyjść!
- Sheima!- ryknął- Bo jak zaraz ja ciebie…
- Nie popędzaj mnie, bo dostaniesz w zęby!- usłyszał głos dobiegający z łazienki. Sprzątaczki się zaśmiały. Chłopak rzucił im wściekłe spojrzenie i poprawił krawat. Nie miał wyjścia. Musiał czekać, mimo iż samochód już dawno odpalony. Zamknął oczy.
- Już jestem.
Otworzył jedno oko. A potem, nie mogąc uwierzyć, otworzył drugie.
Wyglądała zjawiskowo.
To mu się nasuwało na myśl, gdy ją zobaczył. Sheima była ubrana w czarną sukienkę wiązaną na szyi, do połowy ud, która odsłaniała jej zgrabne nogi. Suknia ładnie opinała jej idealną talię. Dekolt był zadziwiająco duży, tak że Ray się trochę zaczerwienił, patrząc na niego. Sama dziewczyna była uczesana w zgrabny kok, a z przodu opadały dwa pasemka okalające jej twarz. Delikatny makijaż. Popatrzyła się na niego wyzywająco.
- Ubrałeś się jak wieśniak- rzuciła w jego kierunku.
Znów go zatkało.
- Że co?- warknął. Zauroczenie już minęło.
- To- mruknęła. Złapała go za krawat i przyciągnęła ku sobie- Musisz się pozbyć tego krawatu- zaczęła go ściągać- Oraz marynarki. To nie na czasie, Ray- rzuciła krawat na ziemię i zaczęła ściągać z niego marynarkę. Ray poczuł się trochę głupio, jak Sheima zaczęła go rozbierać.
- Sam sobie poradzę- położył marynarkę na krześle- Tak dobrze?
Sprzątaczki zachichotały i potaknęły.
- Jeszcze jedno- rzekła ciemnooka.
- Co?- warknął. Dziewczyna nie odpowiedziała i rozpięła trzy guziki u jego szyi. Klepnęła go wierzchem dłoni w brzuch i przyjrzała się mu. Poprowadziła go przed lustro.
- Teraz pasuje, nieprawdaż?- uśmiechnęła się szelmowsko.
Rozdziawił usta ze zdumienia. Naxer cicho zachichotał.
- Ale bryka!- krzyknął Lanner na widok limuzyny, którą przyjechali Annika i Arlen. Podszedł do niej i obejrzał ze wszystkich stron. Arlen stał trochę z głupawą miną, patrząc się wymownie na przyjaciela. Białowłosy tylko wzruszył ramionami.
- Dobra, Lanner przestań!- powiedziała Annika. Miała na sobie białą sukienkę sięgającą do ziemi. Obok niej stała Matiia’kann, w ciemnozielonej sukni do kolan. Obydwie dziewczyny wyglądały bardzo ładnie. Ta druga stała teraz ze skrzyżowanymi ramionami i uśmiechała się do Naxera. Chłopak odwzajemnił uśmiech.
- Jedziecie z nami?- spytał Lanner w kierunku Vansena i Mishi.
- Nie, dziękuję- odrzekł szarowłosy- Naxer pożyczył mi swoje autko- podrzucił w górę klucze i złapał je z powrotem- A poza tym, zabieram Matiię’kann. Mamy po drodze do załatwienia pewną sprawę, prawda?- uśmiechnął się do zielonowłosej. Potaknęła.
- Zobaczymy się na premierze- wyszeptał Naxer do dziewczyny, całując ją w policzek. Wsiadł do auta wraz z Lannerem, Anniką i Arlenem.
- Jeszcze ja!- usłyszeli krzyk. Z Akademii wybiegła Loria. Wszystkich zatkało. Wyglądała pięknie. Jej białe włosy były rozpuszczone, ładnie okalały twarz. Ubrana była w brązową suknię wiązaną na szyi, sięgającą do ziemi. Miała wycięty duży dekolt na plecach, jak i z przodu. Arlen nie mógł się nie powstrzymać od komplementu. Dziewczyna poczerwieniała.
- Czekaj- Vansen złapał białowłosą za ramię. Spojrzała na niego badawczo.
- Tak?
- Uważaj na siebie. Proszę.
Spojrzała na niego uważnie.
- Dobrze- uśmiechnęła się- Widzimy się na premierze- ku jego zdumieniu, pocałowała go w policzek i szybko wsiadła do samochodu. Drzwi się zamknęły.
Odjechali.
- Co to za niby sprawa?- Misha skrzyżowała ramiona.
- Trzeba kupić im kwiaty- wycedził- W końcu to ich film, i oni w nim grali.
- Nie pomyślałam o tym- zdziwiła się- A po ci ostrzegałeś Lorię?
- Mam złe przeczucia- wyszeptał.
Nawet nie wiedział, że jego przeczucie mówiło prawdę.
- Bez żadnych wygłupów. Pamiętaj!- podniósł palec- Pamiętasz?
- Nie jestem sklerotykiem- warknęła Sheima. Rozejrzała się po limuzynie.
- To dobrze- uśmiechnął się z triumfem- Mam dla ciebie prezent.
Oczy dziewczyny się zaświeciły.
- Jaki?- krzyknęła.
Ray popatrzył się przez okno samochodu. Zaraz będą na miejscu. Wyciągnął z kieszeni spodni małe puzderko. Popatrzył się na nie chwilę, a potem wręczył ciemnookiej. Dziewczyna szybko otworzyła. W środku znajdowała się bransoletka z okrągłych, szlachetnych kamieni w barwach białych, czerwonych i czarnych. Pasowała idealnie do jej sukienki oraz włosów. Rzuciła się chłopakowi na szyję i mocno go uściskała.
- Dziękuję!!- krzyknęła. To było jej pierwsze „Dziękuję”, które usłyszał z jej ust. Uśmiechnął się i delikatnie ją przytulił. Dziewczyna oderwała się od niego i spojrzała prosto w jego oczy. Poczym pocałowała w policzek szatyna, usiadła z powrotem na swoje siedzenie i zaczęła się przyglądać prezentowi. Cała Sheima.
Przed kinem rósł niebywały ruch. Co chwilę przyjeżdżała jakaś limuzyna wioząca znaną gwiazdę, która następnie wychodziła na wspaniały, czerwony dywan, uśmiechnęła się kilka razy i zniknęła w kinie. Mnóstwo fanów i wielbicieli krzyczało w niebogłosy, prosząc o autograf na kartce, czy też na jakiejś części ciała. Kompletny chaos. Kiedy przybyli Dannet i Nova, od razu wybuchła większa wrzawa. Przecież to słynni reprezentanci piłki nożnej na ich planecie. Wszystko dopełniło przybycie Sheimy i Raya, a zaraz po nich Matii’kann, Vansena i Mishi. Porozdawali autografy- Misha nawet skusiła się, aby dać jednemu mężczyźnie podpis na głowie- i weszli zaraz za innymi do kina. Wielbiciele tymczasem się zajęli przybyłym Ivo oraz reżyserem całego filmu.
Wybuchnęli śmiechem.
- A na samym końcu dodałam- kontynuowała Annika- Że „Przykro mi. Czas mam już zajęty. Co ty na to, aby się spotkać następnego roku?”, a on na to „Eee… No cóż. Może być”- wszyscy znów wybuchli śmiechem. Arlen otarł łzy z oczu. Niezłe kawały sobie opowiadali przez całą drogę. Szczególnie niezła była Annika, która opowiadała o swoich przeżyciach z reżyserami. Teraz akurat dziewczyna odrzuciła do tyłu swoje różowe włosy i pocałowała go w policzek.
- Jeszcze jakieś dziesięć minut- zakomunikował kierowca.
- Jeszcze tyle, ponieważ musieliśmy przystanąć- rzuciła wściekłe spojrzenie Loria ku Naxerowi.
- No co?- wzruszył ramionami- Chciałem zobaczyć ten sklep. Dzisiaj go otwarto.
- Jasne!- uśmiechnęła się białowłosa. Znów salwa śmiechu.
Przechodzili w zakręt.
- Gdzie oni są?- wyszeptała Nova do Mishi- Powinni już tu być.
- Nie wiem- rozejrzała się po Sali pełnej ludzi- Może siedzą w innym rzędzie?
- Może…- dziewczyna zmarszczyła brwi- Chyba im się nic nie stało, nieprawdaż?
Kociooka spojrzała na ekran, który pokazywał reklamy.
- Nie wiem. Naprawdę, tego nie wiem.
- Może zobaczymy się z nimi na bankiecie- mruknął Dannet- Wtedy będzie ich łatwiej znaleźć. Jak na razie… Czeka na nas premiera- uśmiechnął się do obydwóch dziewczyn i rozsiadł się wygodnie w fotelu.
Na ekranie pojawił się film.
- Tutaj jesteś!- krzyknął Orwen, doganiając blondynkę. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego miło. Odwzajemnił uśmiech. Przez chwilę szli w milczeniu. Piwnooki spoglądał co chwilę na nią. Wydawało się, jakby chciał coś powiedzieć. Louiel wpatrywała się twardo przed siebie, chociaż czasami nie mogła się powstrzymać, aby nie spojrzeć na chłopaka. Za każdym razem oboje się rumienili.
- Louiel…- zaczął- Masz na dzisiejszy wieczór jakieś plany?
- Nie- chwila milczenia- A co?
- Umówiłabyś się ze mną dzisiaj na kolację?- założył ręce na kark i zarumienił się.
Zaskoczona, uniosła brwi.
- Na kolację?- powtórzyła.
- Oczywiście, jeżeli nie chcesz…- spuścił głowę.
Namyśliła się. W końcu… Jeżeli pójdzie, to co straci?
- No to gdzie masz na tym statku jakąś restaurację?- uśmiechnęła się. Chłopak złapał ją za rękę.
- Chodź, pokażę ci- wyszeptał do jej ucha.
- Film nawet niezły- mruknęła Misha, pijąc drinka na bankiecie.
- Może nawet być- powiedział Vansen- Chociaż jest bardziej dla dziewczyn, niż dla chłopaków… A tak, to za bardzo romantyczny. I jeszcze wszystko tak pokręcone…- wziął sobie szklankę z wodą.
- Przyznam ci rację. Po raz pierwszy- uśmiechnęła się.
Na podium wszedł mężczyzna.
- Zapraszam na parkiet! Panowie proszą panie! Zaczynamy tańce!
Twarz Mishi zbladła.
- Nie myśl, że się wymigasz od mojego warunku- szepnął jej do ucha zielonooki.
- No to z kim mam tańczyć?- westchnęła, odkładając drinka.
Dannet zauważył Raya, który podpierał kolumnę i patrzył się na tańczące pary. Podszedł do niego i przyjacielsko klepnął w ramię. Chłopak się uśmiechnął i dalej patrzył na tańczących.
- Tobie też odebrano dziewczynę?- zaczął Dannet.
- Tak- mruknął szatyn- Tańczy z tym aktorem, z Ivo- wskazał na Sheimę i blondyna.
- Niezła laska- podsumował- Skąd taką wytrzasnąłeś? Ma bardzo ładne nogi.
- Gdzie ty się patrzysz- zmroził go wzrokiem- Żeby tylko Nova się o tym nie dowiedziała.
- Tańczy z Vansenem- mruknął- Nasz przyjaciel o zimnym sercu coś się rozkręcił- wziął kieliszek szampana od kelnera, który podsunął mu tacę- Widziałeś gdzieś Lorię? Oraz Naxera? Nigdzie nie mogę ich znaleźć. Szukałem wszędzie.
Ray obserwował teraz tańczącą Matiię’kann z jakimś aktorem, co grał w filmie.
- Nie. Nie widziałem- ocknął się- Właśnie, gdzie oni są? Na filmie ich nie widziałem. Tutaj, w Sali bankietowej, także ich nigdzie nie widać. Chyba się im nic nie stało?
- Na pewno woleli pojechać do jakiejś restauracji, niż na tą głupią premierę. Zapewnie się teraz z nas śmieją, że jak kołki tkwimy na tym bankiecie. Zobaczysz, będą nam o tym mówić przez kilka tygodni. Zapewnie mają niezłą teraz zabawę.
- Patrz na Mishę!- prawie krzyknął Ray. Piwnooki spojrzał w tamtym kierunku. Teraz środek Sali był pusty, oprócz jednej tańczącej bardzo energicznie pary. Wszyscy wokół stworzyli krąg o obserwowali tancerzy. Jedną z tych osób można było poznać od razu, dzięki koloru jej włosów. To była Misha. Zaś jej partner to…
- O kurczę- mruknęła Nova, podchodząc do nich- Misha tańczy z reżyserem!
- Zawsze ją podziwiałem- mruknął Dannet, wyławiając oliwkę z szampana.
Ruch. Sygnał karetki. Policja.
Sanitariusze biegali we wszystkie strony, a najczęściej do zmiażdżonego auta. Limuzyny. Strażacy próbowali wyciągnąć osoby znajdujące się w pojeździe, mimo iż auta paliło się i było doszczętnie rozwalone.
- Szybko! Nosze!- dało się słyszeć krzyk.
- Nie żyje- powiedział lekarz, wstając od ciała.
- On także- powiedział inny, patrząc się w martwe, niebieskie oczy.
- Musisz przyznać, że nieźle się bawiłaś- szturchnął ją łokciem.
- Vansen, to że przetańczyłam pół nocy, to nie oznacza, że dobrze się bawiłam.
- Misha! Byłaś rozchwytywana przez wszystkich mężczyzn!- padł na kanapę.
- A ty przez wszystkie dziewczyny- wyszczerzyła zęby i padła obok niego. Szarowłosy wziął pilot w dłoń i włączył telewizor. Na samym początku leciała jakaś nudna reklama szampony do włosów. Nagle przerwano reklamę i pokazała się spikerka.
- Dobry wieczór, a już raczej dzień dobry- oznajmiła szybkim tonem- Przerywany transmisję programu. Dzisiaj, o godzinie 7 wieczorem rozbiło się auto z gwiazdami filmu i piłki nożnej naszej planety Nastar. Arlen, Annika, Loria, Naxer i Lanner pojechali na premierę filmu, która odbyła się dzisiaj w nocy. O rannych…
Popatrzyli się na siebie z przerażeniem.
- O rannych nam nic nie wiadomo, tylko to, że są już ofiary śmiertelne. Lekarze nie chcą na razie ujawnić, kto nie żyje- kobieta zagryzła wargę- Strażacy przed czterdziestoma minutami wynieśli ostatnie ciało ze zmiażdżonego i palącego się auta, którym jechali. Więcej za parę minut…
Sheima oderwała się od chłopaka, którego właśnie obdarzyła pocałunkiem. Teraz, obydwoje, wpatrywali się w telewizor, nie wiedząc co zrobić. Ray poczuł, jak coś mu w krtani staje, a oczy wilgotnieją. Musi cos zrobić. Oni nie mogą umrzeć…
- Jedziemy do szpitala. Szybko!- wziął kurtkę i nie czekając na dziewczynę, wybiegł na dwór.
- Udał ci się wieczór?- szepnął do ucha brązowookiej.
- Nawet nie wiesz jak- pocałowała go namiętnie w usta. Dannet uśmiechnął się lekko i oddał pocałunek z nawiązką. Zaczęli się całować na szaleni. Nova wsunęła palce we włosy chłopaka, pozwalając, aby pożądanie wzięło górą. Chłopak wziął dziewczynę w talii i padł wraz z nią na kanapę, całując ją coraz zachłanniej. Jego dłonie wędrowały po jej plecach, aż znalazły zamek od sukienki. Powoli zaczął go rozpinać. Szatynka nie przerywając całowania odpięła guziki u jego koszuli. W końcu pozbawiła go górnej części garderoby. On poradził sobie już z sukienką. Jego usta zaczęły schodzić coraz niżej, aż dotarły do szyi, a potem do jej ramion. Brązowooka ściągnęła pasek z jego spodni i rzuciła w bok.
Traf chciał, że walnął w pilot od telewizora. Przedmiot spadł, włączając TV.
- Powtarzam- są ofiary śmiertelne. Na razie nam nie wiadomo kto zginął, a kto jest ranny. Jedno jest tylko pewne. Annika, Arlen, Naxer, Loria i Lanner nie mieli dzisiaj za udanej premiery. Rozbili się na zakręcie, zaś potem przygniotła auto wielka ciężarówka. W szpitalu są już operowani…
Nova wpatrywała się w telewizor pustymi oczami. Po chwili znalazły się w nich łzy.
- Nie…- jęknęła i usiadła. Dannet uczynił to samo.
- Jedziemy do szpitala- zadecydował, ubierając koszulę.
- I co??
- Nie ma szans. Nie przeżyje dzisiejszej nocy- lekarz spuścił głowę i wyszedł z pokoju, pozostawiając samego rannego. Osoba leżała na łóżku, cała zabandażowana, że nie było widać nawet twarzy. Obok niej stała maszyna. Linia była prawie prosta.
- Pip. Pip. Pip, pip. Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii……
Tylu odważyło się napisać: (7) | Dodaj swój własny komentarz!
piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 319 174 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
... zielonooką dziewczyną z głowa w chmurach.
... pisarzem próbującym przenieść swoje rozległe myśli na kartki papieru.
... samotnym altruistą
... oszukiwana przez samą siebie
... gotowa na wyzwania.
Opowiadanie o Galactik Football. Kilkanaście lat temu Nastar zhańbił się, poprzez oszukiwanie w piłce nożnej. Teraz, próbuje z powrotem ją uzsyskać. Jeden mały pomysł, który mial wrócić świetność Na...
więcej...Opowiadanie o Galactik Football. Kilkanaście lat temu Nastar zhańbił się, poprzez oszukiwanie w piłce nożnej. Teraz, próbuje z powrotem ją uzsyskać. Jeden mały pomysł, który mial wrócić świetność Nastaru poprzez drużynę Trust Kids. Niestety, nic nie poszło po myśli... Drużyna rozpadła się... Każdy poszedł swoją drogą, każdy wybrał własny cel życia. Chcesz się dowiedzieć więcej? Wciągnij się w te opowiadanie, a nawet nie zauważysz, jak już zaczyna świtać nad ranem... Poznaj historię ludzi, którzy chcą z powrotem przywrócić nadzieję!
schowaj...Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: